Film, który zachwycił krytyków na Sundance, ma papiery na Oscara. Problem w tym, że Netflix może postawić na zupełnie inny tytuł. I to nie ze względu na jakość.
Do Oscarów 2026 jeszcze trochę czasu, ale wyścig już ruszył. Po festiwalach Sundance i Cannes w sieci aż huczy od przewidywań. Jednym z głośniejszych kandydatów jest „Train Dreams” – dramat Netfliksa, który ma dopiero zadebiutować na platformie.
- 100% od krytyków?! Netflix łączy „The Last of Us” z „This Is Us”
- Netflix z nowym hitem? Obsada wygląda obiecująco!
Oscary 2026: Netflix ma hit z Sundance, ale może go poświęcić
Film opowiada historię drwala i pracownika kolei w XX-wiecznej Ameryce. Za kamerą stanął Clint Bentley, a scenariusz napisał razem z Gregiem Kwedarem na podstawie książki Denisa Johnsona. W obsadzie: Joel Edgerton, Felicity Jones, William H. Macy i Paul Schneider. Znane twarze, choć nie z hollywoodzkiego topu.
Mimo to film już teraz ma 97% pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes. Oficjalna premiera na Netfliksie zaplanowana jest na 21 listopada, a to idealny moment na rozpoczęcie oscarowego sprintu.
Netflix potrafi grać o Oscara. Od sześciu lat co roku wprowadza do stawki przynajmniej jeden film nominowany do Najlepszego Filmu – wśród nich były Mank, The Irishman czy All Quiet on the Western Front. Ale nominacja to jedno, a główna nagroda wciąż pozostaje poza zasięgiem.
I właśnie tu pojawia się problem. Netflix nie promuje wszystkich swoich filmów jednakowo. Zazwyczaj stawia na jeden tytuł, któremu daje pełne wsparcie marketingowe. Rok temu było to Emilia Pérez, które zdobyło aż 13 nominacji.
W tym roku konkurencja dla „Train Dreams” jest konkretna. W listopadzie zadebiutuje też „Frankenstein” w reżyserii Guillermo del Toro – z Oscarem Isaakiem i Christoph’em Waltzem w rolach głównych. Del Toro ma na koncie statuetki, a jego nazwisko działa jak magnes. Netflix może bez wahania postawić właśnie na ten tytuł.
Tymczasem „Train Dreams” to ryzyko. Mniej znane nazwiska, historia daleka od blockbusterów. Ale są też atuty. Edgerton ma szansę na nominację dla najlepszego aktora, a Felicity Jones – w roli żony głównego bohatera – może znów zawalczyć jako aktorka drugoplanowa. Już wcześniej była dwukrotnie nominowana, właśnie za podobne role.
Nie wszyscy są jednak jednogłośni. Screen Rant dał filmowi 6/10. Chwaląc aktorstwo, ale zarzucają zbyt rozwlekłą narrację. Czyli klasyka: świetne aktorstwo, mniej przekonująca forma.
Ostatecznie wszystko zależy od tego, czy Netflix zdecyduje się poprzeć „Train Dreams” w swojej oscarowej kampanii. Bez zaplecza promocyjnego nawet najlepszy film może zniknąć w tłumie. A że „Frankenstein” jest bardziej rozpoznawalny i bezpieczny, los dramatu z Sundance wcale nie jest pewny.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.







