Zapomnijcie o mdłych adaptacjach gier. Jeśli któraś marka krzyczy: „dajcie mi serial!”, to właśnie „Assassin’s Creed”. A Netflix, po latach podchodów, wreszcie bierze się za nią na serio.
Spis treści
To może być najciekawsza adaptacja gry wideo od lat. Netflix oficjalnie potwierdził, że pracuje nad serialem aktorskim osadzonym w świecie „Assassin’s Creed” – jednej z najbardziej kultowych i rozbudowanych franczyz w historii gamingu.
I choć przenoszenie gier na ekrany bywa ryzykowne, tym razem wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z materiałem, który aż się prosi o serialowe rozwinięcie. Templariusze, asasyni, tajemne technologie, podróże w czasie i historia pełna zakulisowych wojen – co może pójść nie tak?
Templariusze, asasyni i DNA pełne tajemnic
„Assassin’s Creed” to nie tylko seria gier – to pełnoprawna mitologia współczesnej popkultury, rozpięta między przeszłością a teraźniejszością, między historycznym realizmem a science fiction.
Od premiery pierwszej odsłony w 2007 r. powstało 14 głównych tytułów oraz znacznie więcej spin-offów, mobilnych wersji, opowiadań, komiksów, powieści, krótkometrażówek, a nawet artbooków, które można czytać jak średniowieczne kroniki.
Uniwersum „Assassin’s Creed” nie tylko przetrwało próbę czasu, ale zdołało rozciągnąć się na wiele epok i kultur, tworząc narracyjną siatkę, która zahaczała o niemal każdą część znanego nam świata.
Trzon fabularny serii to konflikt dwóch potężnych, skrycie działających organizacji: Zakonu Templariuszy, który pragnie zaprowadzić pokój przez absolutną kontrolę, oraz Bractwa Asasynów, stojącego na straży wolnej woli, indywidualizmu i prawa do nieposłuszeństwa.
Choć brzmi to jak klasyczna walka dobra ze złem, rzeczywistość fabularna bywa znacznie bardziej zagmatwana – ideologie się ścierają, motywacje postaci bywają niejednoznaczne, a historia pisze się z krwią i tajemnicami.
Fenomen „Assassin’s Creed” polega także na genialnym pomyśle technologicznym, który scala wszystkie gry: fikcyjnym urządzeniu zwanym Animusem. Dzięki niemu bohaterowie współczesności mogą „zalogować się” do wspomnień swoich przodków zapisanych w DNA.
To właśnie ten motyw pozwala Ubisoftowi wędrować po różnych epokach – od czasów krucjat, przez renesans, rewolucję amerykańską i francuską, aż po starożytny Egipt, Grecję, dziewiętnastowieczny Londyn czy Japonię. W ramach jednej serii gier gracz staje się zabójcą, filozofem, żeglarzem, szpiegiem i rewolucjonistą – a wszystko to pod pretekstem misji odkrywania przeszłości i zmieniania teraźniejszości.
Postacie takie jak Altair, Ezio Auditore, Connor Kenway czy Arno Dorian stały się ikonami dla graczy, a ich losy – często tragiczne, zawsze pełne poświęcenia – stanowią filary tej mitologii. Ubisoft zbudował dzięki temu jedno z najbardziej rozpoznawalnych i wielowarstwowych uniwersów w branży.
Świat, w którym każda epoka ma swoje tajemnice, każda broń – swój cień, a każda decyzja – swoje konsekwencje. Dlatego właśnie „Assassin’s Creed” nie jest tylko grą. To wehikuł do opowiadania historii – tak samo osobistych, jak epickich. I właśnie dlatego serial od Netfliksa budzi aż taką nadzieję.
Film z Fassbenderem był próbą. Serial może być sukcesem
W 2016 r. Ubisoft postanowił po raz pierwszy przenieść swoje największe dziecko na wielki ekran. Do projektu zaangażowano Michaela Fassbendera – aktora cenionego, charyzmatycznego, znanego z ról u Tarantino, McQueena i Ridleya Scotta.
Reżyserię powierzono Justinowi Kurzelowi, który wcześniej zrealizował mrocznego „Makbeta”, również z Fassbenderem i Marion Cotillard. Wszystko wskazywało na to, że studio postawiło na jakość, a nie tylko komercyjny strzał. W teorii mieliśmy dostać „Assassin’s Creed” z artystyczną ambicją i hollywoodzkim rozmachem.
W praktyce film okazał się eksperymentem. Nie był ani spektakularną klęską, ani triumfem. Dla osób niezaznajomionych z grami był zbyt trudny do zrozumienia – przeładowany ekspozycją, mitologią i nieintuicyjnym światem przedstawionym.
Dla fanów był z kolei rozczarowująco oderwany od tego, co pokochali: bohaterowie byli nowi, historia nieoparta na żadnej konkretnej grze, a sama mechanika Animusa została zmieniona w sposób, który wielu graczy uznało za zbędny. Choć film miał momenty – estetycznie odważne, choreograficznie dynamiczne – to nie potrafił pomieścić ogromu uniwersum w ramach dwugodzinnej narracji. Kino nie dało mu przestrzeni, by naprawdę rozwinął skrzydła.
Serial może to zmienić.
Od jakiej odsłony powinien zacząć serial Netfliksa? Ja proponuję skupić się na Connorze Kenwayu, który jest jednym z najbardziej niedocenianych bohaterów całej serii
Netflix ma dziś doświadczenie w adaptowaniu gier na potrzeby długiej formy – z różnym skutkiem. Serial nie musi streszczać całego lore w pilocie. Może zacząć od jednego bohatera i jednej epoki, od małego gestu, który z czasem uruchomi większą machinę.
Może budować napięcie w dwóch liniach czasowych – teraźniejszości i przeszłości – rozwijać tajemnicę z odcinka na odcinek, niczym najlepsze thrillery historyczno-szpiegowskie. Może też, wreszcie, opowiedzieć historię o wolności, dziedzictwie, tożsamości i tym, jak bardzo przeszłość kształtuje nasze „tu i teraz”.
Byłoby pięknie, gdybyśmy mieli kilka sezonów, a każdy był niezależną epoką, powiązaną głównym wątkiem Animusa.
Ubisoft + Netflix = sojusz, który ma sens
Ogłoszenie serialu to nie tylko pojedyncza decyzja producencka, ale część znacznie większego planu. Ubisoft od kilku lat wyraźnie zmierza w kierunku bycia nie tylko twórcą gier, ale właścicielem globalnych marek popkulturowych – takich, które mogą żyć równolegle w różnych mediach: od konsol i pecetów, przez komiksy, aż po platformy streamingowe.
W świecie, w którym granice między grami a filmem coraz bardziej się zacierają, to ruch strategiczny, niemal konieczny. Dla Ubisoftu „Assassin’s Creed” to więcej niż tylko IP – to ich „Gwiezdne wojny”, „Władca Pierścieni” i „Gra o tron”. Marka, która może być opowiadana na dziesiątki sposobów i przez wiele lat.
To nie „Sekiro” czy „Ghost of Tsushima”, a najnowsza odsłona „Assassin’s Creed”, czyli „Shadows”. O Japonię gracze prosili od dawna
Tym bardziej że seria nie zwalnia tempa. Od marca możemy grać w „Assassin’s Creed: Shadows”, które wreszcie zabiera nas do feudalnej Japonii – settingu, o który fani prosili od ponad dekady – a na horyzoncie możemy wypatrywać „Assassin’s Creed: Hexe”, mające przenieść nas w mroczne czasy europejskich procesów czarownic, prawdopodobnie w XVI-wiecznych Niemczech lub Szwajcarii.
„Shadows” to nie tylko ukłon w stronę fanowskich marzeń, ale także obietnica zmiany tonu – bardziej skradankowego, intymnego, skupionego na dwojgu protagonistach z różnych warstw społecznych. Z kolei „Hexe” zapowiada się jako najbardziej tajemnicza, być może nawet horrorowa odsłona serii.
Netflix jako partner tej produkcji to decyzja zrozumiała, choć niekoniecznie oczywista. Z jednej strony mówimy o platformie o globalnym zasięgu, mającej doświadczenie w przenoszeniu gier na ekran – wystarczy wspomnieć sukces animowanej „Castlevanii”, kontrowersyjny, ale jednak popularny „Wiedźmin”, czy świeższe adaptacje jak „Cyberpunk: Edgerunners”.
Netflix wie, jak opowiadać historie z gotowych światów i potrafi zbudować wokół nich społeczność. Ale z drugiej strony – nie zawsze potrafi utrzymać jakość, spójność i długofalową wizję. Zdarza się, że po pierwszym sezonie, niezależnie od zainteresowania, serial ląduje na półce zapomnienia. W świecie „Assassin’s Creed”, który z natury domaga się długiej, epizodycznej formy i rozbudowanej mitologii, to może być ryzykowne.
Oby tylko Netflix wyciągnął wnioski ze swoich innych adaptacji gier komputerowych – głównie „Wiedźmina”
Być może równie – jeśli nie bardziej – interesującym partnerem byłoby HBO Max, które ma doświadczenie z wysokobudżetowymi produkcjami historycznymi i dramatami o silnym tle politycznym, jak świeży „Ród Smoka” czy starsza „Gra o tron”. Z kolei Amazon Prime, po ambitnym (choć kontrowersyjnym) wejściu w świat „Władcy Pierścieni”, pokazał, że potrafi inwestować w uniwersa i rozwijać je z rozmachem.
Zarówno HBO, jak i Amazon mogłyby zaoferować „Assassin’s Creed” więcej przestrzeni na powagę, mrok i głębię – cechy, które tej marce bardzo służą. Ostatecznie jednak to Netflix chwycił za ukryte ostrze i to on spróbuje opowiedzieć historię o templariuszach, asasynach i wspomnieniach zakodowanych w DNA.
„Assassin’s Creed” to historia o wolności i kontroli, o jednostce zmagającej się z systemem, o tajnych wojnach, które toczą się za kulisami wielkich wydarzeń historycznych. A jednocześnie to wizualna podróż przez najpiękniejsze i najciekawsze epoki w dziejach ludzkości.
Florencja za czasów Medyceuszy, Paryż w ogniu rewolucji, kolonialna Ameryka, złoty wiek piratów, Aleksandria, Ateny, Bagdad – te wszystkie miejsca, tak pieczołowicie zrekonstruowane w grach, mogą teraz rozbłysnąć na ekranach z rozmachem godnym największych produkcji serialowych.
Nie tylko dla graczy
O serialu oryginalnym Netfliksa „Assassin’s Creed” jeszcze nic nie wiemy, ale nie ma co się go spodziewać wcześniej niż w 2027 r.
I właśnie dlatego czekam. Choć nie jestem fanem, rozumiem siłę tej marki. Widzę, jak bardzo współczesne czasy potrzebują opowieści o ukrytych strukturach władzy, o buncie przeciw systemowi i o historii, którą piszą zwycięzcy – a czasem ci, którzy zostali wymazani z kronik. „Assassin’s Creed” to mit współczesny, gotowy, by zostać opowiedziany jeszcze raz – na nowo, na ekranie, z rozmachem i sercem.
Nie wiemy jeszcze, kogo zobaczymy w obsadzie, ani które epoki odwiedzimy. Ale wiemy jedno: Netflix ma w ręku klucz do Skarbca. Oby go nie zmarnował.
To również warto przeczytać!
- Człowiek nie jest koniem… ale wilkiem. „Squid Game”, czyli ludzkość w pigułce
- „Death Stranding” to arcydzieło. I niech takim pozostanie – bez ekranizacji, bez cięć
- „28 lat później” to nie tylko horror. To elegia dla człowieczeństwa po apokalipsie
- Mafia jak korporacja. „Strefa gangsterów” to najbardziej bezwzględny serial roku
- „Andor” to esencja „Gwiezdnych wojen”, na jaką zasługiwaliśmy
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.










