Obejrzałem „LA w garniturach” do końca pierwszego (i jedynego) sezonu. Z nadzieją. Z sentymentem. Z cierpliwością, która topniała z odcinka na odcinek. I dziś mogę powiedzieć tylko jedno: to był ten moment, gdy marka przestała nieść jakąkolwiek obietnicę jakości.
Spis treści
Kiedy ogłoszono powstawanie „LA w garniturach”, byłem jednym z tych, którzy skakali z radości. „W garniturach” nigdy nie było serialem wybitnym, ale było diabelnie wciągające. Tempo, ironia, relacje między bohaterami, ta słynna chemia między Harveyem a Mikem – wszystko to robiło robotę nawet wtedy, gdy fabuła już dawno przekroczyła granicę wiarygodności.
Nowa odsłona obiecywała świeży start, nowe miasto, nowe pieniądze, nową energię. Los Angeles wydawało się wręcz idealnym wyborem: prawo, showbiznes, celebryci, skandale, kontrakty, rozwody gwiazd, walka o wizerunek. A jednak już po 2-3 odcinkach wiedziałem, że to się nie uda. Ten serial wyglądał jak „W garniturach”, ale nie oddychał jak „W garniturach”.
Stephen Amell i Gabriel Macht to inne galaktyki
Stephen Amell jako Ted Black miał być nowym Harveyem Specterem. W teorii wszystko się zgadzało: pewny siebie, chłodny, inteligentny, skuteczny, z trudną przeszłością. W praktyce oglądałem bohatera, który przez większość czasu sprawiał wrażenie, jakby sam do końca nie wiedział, czy jest cynikiem, idealistą czy skrzywdzonym romantykiem. Sceny z jego nowojorskiej przeszłości miały nadawać mu głębię, a raczej go rozmywały.
Stephen Amell starał się ciągnąć serial, ale kiedy tylko pojawił się Gabriel Macht, jego blask zgasł
Lex Scott Davis jako Erica Rollins teoretycznie grała najmocniejszą postać w zespole. Ambitna, bezwzględna, bezkompromisowa. Problem w tym, że jej relacja z Tedem była napisana tak, jakby ktoś wciąż nie mógł się zdecydować: czy to zawodowa wojna, czy emocjonalne przeciąganie liny, czy zapowiedź romansu. Efekt? Żadna z tych warstw nie wybrzmiała naprawdę.
Josh McDermitt i Bryan Greenberg przewijali się gdzieś obok – funkcjonalni, poprawni, kompletnie bez wyraźnego rysu. Po kilku odcinkach łapałem się na tym, że mylę ich wątki.
Największa emocjonalna kotwica marketingowa – powrót Harveya Spectera. Gabriel Macht wraca na chwilę jako legenda starego „W garniturach”. I zamiast ekscytacji poczułem coś dużo gorszego: zażenowanie różnicą poziomów.
W kilku wspólnych scenach z Amellem było aż za bardzo widać, kto tu niesie ciężar charyzmy. Gabriel Macht wchodził i natychmiast odzyskiwał kontrolę nad kadrem. Dialogi nagle zaczynały brzmieć jak w „W garniturach”, dynamika się ożywiała, tempo wracało. A potem Harvey znikał – i serial znowu opadał na mieliznę. Ten powrót, zamiast nieść „W garniturach”, brutalnie obnażył jego słabość.
Bez chemii, bez fantazji
Los Angeles w tym serialu praktycznie nie istnieje. Kilka ujęć palm. Kilka przeszklonych biurowców. Trochę luksusu w tle. I koniec. Sprawy, które miały być osadzone w świecie celebrytów, influencerów, agentów i wielkich kontraktów, wypadały zaskakująco płasko. Konflikty z klientami były schematyczne, często rozwiązywane w jednym odcinku, bez realnych konsekwencji.
Nie było tu poczucia, że prawo ściera się z medialnym światem na ostrzu noża. Nie było dramatu wizerunkowego. Nie było tej gry pozorów, która aż prosiła się w takiej scenerii. Zamiast tego dostałem kolejne kancelaryjne spory, które równie dobrze mogłyby toczyć się w dowolnym mieście na świecie.
W „W garniturach” dialog był sportem walki. Tu dialog był procedurą. Wymiany zdań między bohaterami były poprawne, czasem nawet zgrabne, ale prawie nigdy nie miały tej energii, która sprawia, że chce się słuchać kolejnej riposty, kolejnego cięcia, kolejnego szantażu.
Relacje między postaciami rozwijały się jak po sznurku – przewidywalnie, bez ryzyka. Konflikty pojawiały się i znikały, zanim zdążyłem się nimi przejąć. Nawet większe dramaty – zdrady, wcześniejsze decyzje, moralne błędy – nie miały ciężaru, jaki powinny mieć. Wszystko było „na pół gwizdka”.
Czy skasowano go za szybko?
Tak, serial mógłby „dojrzeć” w drugim sezonie. Tak, część postaci mogłaby dostać pogłębienie. Tak, ton mógłby się ustabilizować. Problem w tym, że po całym pierwszym sezonie ja już w to po prostu nie wierzyłem. Nie miałem poczucia, że twórcy naprawdę wiedzą, czym ten serial ma być.
Czy mroczniejszym dramatem? Czy lekką prawniczą rozrywką? Czy próbą połączenia starego „W garniturach” z nową rzeczywistością mediów?
„LA w garniturach” rozpadło się na sprzeczne ambicje. Za poważne, by być lekkie. Za lekkie, by być poważne. Za zachowawcze, by być nowoczesne.
Bo to nie był seryjny, losowy serial. To była kontynuacja emocji. To był powrót do świata, który kiedyś dawał frajdę z oglądania. A ja naprawdę chciałem, żeby to się udało. Chciałem nowej energii, nowych dylematów, nowej chemii.
„LA w garniturach” nie jest katastrofą – i właśnie dlatego jest tak bolesne. Jest letnie. Bezpieczne. Obojętne. A dla serialu, który miał nieść ze sobą legendę „W garniturach”, to wyrok gorszy niż spektakularna klęska.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym szukam odpowiedzi na pytanie, czy naprawdę chcemy tylko rebootów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.











Dodaj komentarz