Sydney Sweeney jest dziś wszędzie, ale za każdym razem w dokładnie tej samej roli. Hollywood nie pyta, co potrafi zagrać – pyta tylko, ile może pokazać. Mam tego dosyć.
Spis treści
Sydney Sweeney stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli współczesnego Hollywood, ale nie dlatego, że stworzyła role, o których będzie się mówić latami. Stała się symbolem, bo idealnie wpisuje się w mechanizm, który branża zna od dekad: młoda, atrakcyjna aktorka, „sprzedawana” przede wszystkim przez ciało, a dopiero w drugiej kolejności przez umiejętności.
Kamera ją kocha, marketing ją uwielbia, a algorytmy wynoszą na szczyty popularności. Problem w tym, że im dłużej to trwa, tym bardziej widać, jak puste jest to opakowanie.
To felieton pisany ze zmęczenia. Ze zmęczenia oglądaniem kolejnych filmów i seriali, w których Sydney Sweeney pojawia się dokładnie po to samo: żeby się rozebrać, żeby rozpalić fantazje, żeby sprzedać plakat i zwiastun.
Hollywood próbuje wmówić widzom, że to wyzwolenie i świadomy wybór. Tymczasem coraz trudniej nie odnieść wrażenia, że to raczej dowód na twórczą bezradność całego systemu.
Sukces, który zamienił się w klatkę
„Euforia” to serial, który żywi się cielesnością. Seks, nagość i intensywne emocje są jego językiem, a nie dodatkiem. Cassie Howard w wykonaniu Sweeney idealnie pasowała do tej estetyki: dziewczyna emocjonalnie rozbita, seksualizowana do granic absurdu, funkcjonująca głównie jako obiekt spojrzeń.
Na poziomie serialu to działało, bo było częścią większej całości. Problem zaczął się wtedy, gdy Hollywood uznało, że to właśnie jest pełen pakiet możliwości aktorki.
Od tego momentu każda kolejna propozycja wyglądała jak próba skopiowania Cassie w innym kostiumie. Ta sama emocjonalna amplituda, te same reakcje, ten sam sposób grania kryzysu. „Euforia” miała być początkiem drogi, a stała się matrycą, z której nikt – ani branża, ani sama aktorka – nie potrafił wyjść.
To klasyczny przypadek sukcesu, który zamiast otworzyć drzwi, zatrzasnął je na dobre.
„Niepokalana” miała być horrorem z ambicjami. Religijna opresja, cielesność, trauma – wszystko to aż prosiło się o aktorską pracę na niuansach. Zamiast tego dostaliśmy film, który myli nagość z odwagą artystyczną. Ciało Sweeney znów staje się centrum narracji, a kamera celebruje je z większym zaangażowaniem niż emocje postaci.
Nie gadaj, rozbieraj się
„Tylko nie ty” idzie w zupełnie inną stronę, ale efekt jest ten sam. Komedia romantyczna, w której erotyczne napięcie ma przykryć banalny scenariusz, a wszyscy i tak czekają na jedną, konkretną scenę. Obecność Sweeney sprowadza się do funkcji wizualnej atrakcji, która ma podkręcić sprzedaż.
Niezależnie od gatunku, punkt wyjścia pozostaje identyczny: jeśli jest Sydney Sweeney, musi być seks. I nieważne, czy ma to jakiekolwiek uzasadnienie fabularne.
No i było też „Reality”, czyli – nomen omen – zderzenie z rzeczywistością. Film oparty niemal wyłącznie na dialogu, pozbawiony erotycznych podpórek, zmuszający aktorkę do utrzymania uwagi widza samą obecnością.
I właśnie tu widać było najbardziej, jak ograniczony jest jej repertuar. Brakuje pracy wewnętrznej, brakuje napięcia, brakuje umiejętności grania ciszą. Jest poprawnie, ale poprawność to za mało, gdy nie ma się za sobą wizualnej prowokacji.
Ten film obnaża coś, co wcześniej było skrzętnie maskowane. Bez nagości i seksualizacji Sydney Sweeney przestaje być „zjawiskiem”, a staje się po prostu przeciętną aktorką.
To nie jest zarzut okrutny – Hollywood pełne jest przeciętnych aktorów – ale problem polega na tym, że branża sprzedaje ją jako coś znacznie więcej, niż faktycznie oferuje.
Seksualizacja to nie wolność wyboru
Największym problemem aktorstwa Sydney Sweeney jest jego rażąca jednowymiarowość. Emocje są u niej podawane wprost, niemal demonstracyjnie, bez pracy na półtonach i bez kontroli nad natężeniem. Zdziwienie wygląda jak szok, szok jak panika, panika jak histeria. Brakuje momentów zawieszenia, niepewności, emocjonalnej ciszy, w której widz mógłby dopowiedzieć coś sam.
Ten schemat powtarza się niezależnie od gatunku i kontekstu. Czy to komedia romantyczna, dramat czy horror, reakcje Sweeney są do siebie łudząco podobne. Uważny widz wychwyci to bardzo szybko, bo kolejne role zaczynają nakładać się na siebie.
Pojawia się wrażenie déjà vu: znamy już ten gest, tę reakcję, ten sposób grania kryzysu. Nie ma tu realnej transformacji postaci, nie ma zmiany rytmu, nie ma pracy nad tym, by bohaterka istniała inaczej niż tylko jako nośnik emocjonalnego chaosu. Różnice między rolami ograniczają się do fryzury, kostiumu i otoczenia, ale rdzeń pozostaje ten sam.
To szczególnie rzuca się w oczy na tle aktorek, które potrafią operować sprzecznością i niedopowiedzeniem. Margaret Qualley czy nawet młodsze aktorki z niezależnego kina pokazują, że intensywność nie musi oznaczać krzyku, a emocja nie musi być wyłożona na stół. U Sweeney tej subtelności wciąż brakuje. I dopóki jej ekranowa obecność opiera się na jednym zestawie reakcji, trudno oczekiwać, by widz przestał widzieć w niej przede wszystkim ciało, a nie postać.
Najbardziej nieuczciwe w całej tej historii jest opakowanie jej w narrację o emancypacji. O tym, że to „jej ciało i jej decyzja”. Oczywiście – nikt nie kwestionuje prawa aktorki do grania nago. Problem zaczyna się wtedy, gdy nagość przestaje być opcją, a staje się obowiązkiem. Gdy każda rola wizualnie atrakcyjnej aktorki musi zawierać sceny seksu, to nie jest już wolność, tylko rynkowy standard.
Warto jednak zaznaczyć, że „Pomoc domowa” pokazuje, iż ten schemat nie jest nie do przełamania. W tym thrillerze Sydney Sweeney po raz pierwszy od dawna dostaje przestrzeń, by nie grać wyłącznie emocją „na wprost”. Kamera nie śledzi jej ciała, tylko twarz i gesty. Pojawia się napięcie budowane nie krzykiem ani rozbieraniem się, lecz tym, co niewypowiedziane. To nadal nie jest kreacja wybitna, ale wyraźnie inna od tego, do czego przyzwyczaiła widzów.
To działa właśnie dlatego, że film nie próbuje sprzedawać Sweeney przez seksualność. Jej atrakcyjność nie znika, ale przestaje być osią narracji. I nagle okazuje się, że aktorka potrafi funkcjonować w kadrze inaczej. To dowód, że problem nie leży wyłącznie w niej, lecz w wyborach, jakie konsekwentnie podejmuje wobec niej Hollywood. Jeśli takich ról będzie więcej, Sweeney ma jeszcze szansę wyrwać się z pułapki, którą sama – świadomie lub nie – współtworzyła
Czy naprawdę niczego się nie nauczyliśmy?
Po #MeToo Hollywood obiecywało zmianę. Lepsze role dla kobiet, więcej sprawczości, mniej uprzedmiotowienia. Tymczasem przypadek Sydney Sweeney pokazuje, jak łatwo te deklaracje rozmywają się w praktyce.
Zmienił się język, zmieniła się narracja PR-owa, ale mechanizm pozostał ten sam. Seks sprzedaje, więc seks trzeba eksploatować. Sweeney nie jest jedyną ofiarą tego systemu, ale stała się jego symbolem. Twarzą – i ciałem – które idealnie pasują do starego modelu, tylko ubranego w nowe hasła. I to właśnie ta hipokryzja najbardziej męczy.
To nie jest tekst pisany z moralnej wyższości ani z pruderyjnego oburzenia. To tekst pisany z frustracji widza, który ma dość oglądania tego samego schematu w kółko. Sydney Sweeney jest atrakcyjna, a kiedy pierwszy raz zobaczyłem ją w „Euforii”, zbierałem szczękę z podłogi. Teraz jednak chciałbym zobaczyć „prawdziwą” ją.
Jeśli Sydney Sweeney ma coś więcej do zaoferowania jako aktorka, najwyższy czas, by Hollywood dało jej na to przestrzeń. Jeśli nie – to może przestańmy udawać, że oglądamy wielki talent, a nie tylko sprawnie sprzedany obrazek. Bo seks bez sensu przestaje prowokować bardzo szybko. A kino, które nie ma nic poza nim, zostawia po sobie tylko zmęczenie i poczucie straconego czasu.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym szukam odpowiedzi na pytanie, czy naprawdę chcemy tylko rebootów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.














Dodaj komentarz