„The Boys” przez lata było serialem, który pluł nam w twarz, a jeszcze nam się to podobało. Bezczelny, krwawy, wulgarny i celnie okrutny – przez trzy sezony wydawał się jedną z najostrzejszych satyr współczesnej popkultury. Ale ten sam serial, który rozsadzał gatunek od środka, sam zamienił się w coś, z czego dawniej bezlitośnie szydził.
Spis treści
„The Boys” pojawiło się w idealnym momencie. Kino superbohaterskie było wtedy już nie tylko gatunkiem, ale właściwie systemem operacyjnym popkultury. Marvel rządził wyobraźnią, DC próbowało (nieudolnie) gonić, a widzowie – nawet jeśli coraz częściej zmęczeni – wciąż wracali po kolejną porcję komputerowego nieba, laserów z oczu i patetycznych przemówień o ratowaniu świata.
I nagle pojawili się Chłopaki. Serial brudny, chamski, rozchełstany – jak ktoś, kto wchodzi do teatru w ubłoconych butach.
Fenomen „The Boys” polegał nie tylko na tym, że serial pokazał superbohaterów jako zepsute gwiazdy showbiznesu, korporacyjne produkty i psychopatyczne maskotki kapitalizmu. To byłoby jeszcze za mało. Najważniejsze było to, że serial naprawdę miał nerw.
Był bezczelny, wulgarny, obrazoburczy i mocny, ale w tym wszystkim zaskakująco szczery. Pod krwią, flakami, seksualnym absurdem i celowo przesadzoną brutalnością kryła się prosta intuicja: gdyby bogowie istnieli naprawdę i podpisali kontrakty reklamowe, najpewniej byliby potworami.
Przez trzy sezony to działało znakomicie. „The Boys” miało energię punkowego kawałka granego za głośno w ciasnej piwnicy. Nie wszystko było subtelne, nie wszystko było eleganckie, ale prawie wszystko miało impet.
Serial brał mit superbohatera i rozkładał go na czynniki pierwsze: władzę, PR, seksualność, przemoc, nacjonalizm, religijny kicz, medialną manipulację, korporacyjną chciwość. A potem jeszcze wkładał palec w ranę i pytał: boli? No to dobrze.
Moim zdaniem siła pierwszych trzech sezonów wynikała z bardzo rzadkiej równowagi. „The Boys” było jednocześnie skrajnie przerysowane i dziwnie wiarygodne.
Homelander był kreskówkowym potworem, ale jego emocjonalna pustka, narcystyczny głód miłości i polityczna użyteczność były już przerażająco realne. Butcher był brutalnym draniem, ale nosił w sobie tragedię, która nie pozwalała sprowadzić go tylko do roli efektownego generatora przekleństw. Hughie bywał irytujący, Starlight czasem zbyt jednoznaczna, Frenchie i Kimiko czasem zbyt romantycznie napisani, ale całość miała temperaturę.
To był serial, który potrafił być głupi mądrze. Potrafił przesadzić tak bardzo, że przekraczał granicę dobrego smaku, ale najczęściej robił to po coś. Eksplodujące ciała, groteskowe sceny seksu, makabryczne żarty i polityczne aluzje nie były tylko ornamentem. Były językiem świata, w którym wszystko – ciało, moralność, cierpienie, trauma, patriotyzm, bunt – da się sprzedać, opakować i wrzucić do kampanii marketingowej.
Dlatego przez długi czas można było wierzyć, że Erik Kripke wie, dokąd idzie. Nawet jeśli coraz mocniej odchodził od komiksowego oryginału Gartha Ennisa i Daricka Robertsona, można było to zaakceptować.
Serial od początku nie był prostą adaptacją. Zmieniał akcenty, łagodził jedne rzeczy, dopisywał drugie, część komiksowej mizantropii zamieniał na bardziej współczesną satyrę polityczną. I przez pewien czas wychodziło mu to na dobre. Aż nadszedł rok 2024 i premiera wyczekiwanego sezonu 4.
Mocną stroną serialu „The Boys” są postacie – dobrze napisane i rozwijane przez wszystkie pięć sezonów, no może cztery
Wtedy po raz pierwszy poczułem, że „The Boys” przestało iść naprzód, a zaczęło chodzić w kółko we własnej kałuży krwi. Niby wciąż było brutalnie. Niby wciąż padały celne żarty. Niby Antony Starr nadal grał Homelandera tak, jakby od tego zależała jego kariera aktorska. Ale coraz częściej miałem wrażenie, że serial już nie odkrywa, tylko powtarza.
Był to sezon-zapychacz. Wątki przeciągały się, napięcie rozładowywano za szybko, postacie wykonywały ruchy, które bardziej służyły utrzymaniu serialu przy życiu niż czemuś konkretnemu. Widziałem w tym jeszcze sens, bo sezon 4 można było potraktować jako ustawianie pionków na szachownicy przed finałem. Jako długi wdech przed ostatnim krzykiem. I właśnie dlatego sezon 5 tak mocno zabolał.
Ostatni sezon „The Boys” miał wszystko, czego potrzebował, żeby być telewizyjną supernową. Osiem odcinków, konflikt budowany latami, Homelander w szczytowej (obłąkańczej) formie, Butcher bez zahamowań, świat na krawędzi faszystowskiego koszmaru.
Ten sezon miał być kulminacją, miał dobrze rozwinięte postacie, które czekały tylko, by „eksplodować” (nie dosłownie). A jednak finałowe odcinki się nie udały. Wyglądało to tak, jakby twórcy zgubili się na ostatniej prostej.
Nie chodzi mi o to, że finał miał być rzezią stulecia. Nie chodzi o to, że wszyscy powinni umrzeć w fontannach krwi, a ostatni kadr powinien wyglądać jak fresk namalowany wnętrznościami. „The Boys” zawsze było czymś więcej niż przemocą dla przemocy.
Problem w tym, że serial obiecywał konsekwencje, a na końcu zbyt często wybierał skrót. Obiecywał chaos, a dostarczył bałagan jak z pokoju nastolatka. Obiecywał emocjonalny nokaut, a zostawił po sobie uczucie rozczarowania.
Zagraniczne reakcje na finał też są mocno podzielone. Część recenzentów broni zakończenia jako logicznego i satysfakcjonującego, ale inni wskazują dokładnie na to, co mnie najbardziej uwiera: poczucie narracyjnego uproszczenia, zbyt późno wprowadzonych rozwiązań i finałowej sztuczki pachnącej klasycznym deus ex machina.
Vulture pisał wprost, że „radiacyjny trik” sprawia wrażenie rozwiązania wprowadzonego zbyt późno, by mogło zadziałać dramaturgicznie, a IndieWire również podkreślał, że finał długo obiecywanego starcia nie wszystkim dał oczekiwane spełnienie. I trudno mi się z tym nie zgodzić.
Osobnym problemem jest sposób, w jaki zostali potraktowani bohaterowie „Gen V”. O mamo, to wielkie nieporozumienie. Gdyby Amazon na poważnie budował uniwersum, wszystkie spin-offy powinny mieć znaczenie. Ale w finałowym sezonie „The Boys” bohaterowie „Gen V” nie mieli żadnego znaczenia.
Pojawili się na chwilę, coś załatwili i gdzieś zostali wysłani. Kurtyna. Marie Moreau z programu Odessa, o mocach tak potężnych jak Homelandera, pojawia się na chwilę i z nikim nawet nie staje do walki. Jakby twórcom zabrakło pomysłu, jak ją wykorzystać. Albo jakby (bardziej prawdopodobne) zabrakło na to budżetu.
Wszyscy pamiętamy, jak to wszystko się zaczęło, ale co stało się z tą całą pomysłową brutalnością na przestrzeni sezonów?
Najbardziej boli mnie nie to, że sezon 5 jest nierówny. Do nierówności „The Boys” można było się przyzwyczaić. Boli mnie to, że finałowy sezon często nie ufa własnej historii. Zamiast pozwolić konsekwencjom runąć na bohaterów z pełną siłą, wybiera wygodniejsze przejścia. Zamiast dociążyć dramat, upraszcza go. Zamiast doprowadzić konflikty do punktu, w którym naprawdę nie ma już odwrotu, raz po raz znajduje boczne drzwi.
To dziwne, bo „The Boys” przez lata zbudowało swoją reputację na odwadze. Na tym, że szło tam, gdzie inne seriale zatrzymywały się ze strachu przed utratą sympatii widza. Jak w swoim najlepszym momencie uwielbiana „Gra o tron”. Tutaj nikt nie miał być do końca czysty. Tutaj przemoc miała brudzić ręce. Tutaj zemsta miała zatruwać. Tutaj władza miała degenerować. Tutaj miłość miała być nie ratunkiem z pocztówki, ale czymś trudnym, często spóźnionym, czasem bezsilnym.
To jest moim zdaniem największa porażka ostatniego sezonu. Nie brak krwi – bo ta jest – i momentami jest wręcz satysfakcjonująca. Nie brak wulgaryzmów. Nie brak politycznych aluzji. Tylko brak tej dawnej bezlitosnej logiki, która kazała serialowi mówić: skoro nacisnąłeś spust, kula kogoś trafi.
Homelander od pierwszego odcinka był sercem tej opowieści, nawet jeśli było to serce chore, narcystyczne i radioaktywne. Antony Starr stworzył rolę wybitną. Dlatego finał jego historii powinien być nieunikniony. Powinien wynikać z wszystkiego, co serial przez lata opowiadał o samotności, kulcie jednostki, medialnym fałszu, politycznym cynizmie i głodzie uwielbienia. Powinien zostawić po sobie ciszę.
Gdy po finale bardziej rozmawiamy o tym, czy scenarzyści mieli prawo użyć takiego chwytu, niż o tym, co czujemy po upadku jednej z najważniejszych postaci serialu, coś poszło nie tak.
Homelander nie musiał dostać końca wielkiego, pompatycznego i „godnego”. Ba, wręcz nie powinien! Finalne upokorzenie to właściwa kara za lata tyranii. Ale nawet upokorzenie musi mieć dramaturgiczną wagę. Musi być puentą, nie obejściem problemu. A nie żenującym skrótem myślowym skupionym wokół – jak zawsze w „The Boys” – tematów oralno-fekalnych.
Kripke w rozmowach po finale tłumaczył część decyzji jako próbę pokazania słabości autokratycznej figury pozbawionej mocy i mitu. Finałowy odcinek wywołał dodatkową burzę przez satyryczne uderzenie w postać inspirowaną Elonem Muskiem. To zresztą idealnie pokazuje paradoks późnego „The Boys”: serial wciąż potrafił prowokować, ale raczej brakiem logiki i konsekwencji niż celną puentą.
Piszę to wszystko z pewnym smutkiem, bo przez długi czas naprawdę lubiłem „The Boys”. Może nawet bardziej niż powinienem. To był serial nieidealny, ale żywy. Brudny, pewny siebie, często genialnie bezczelny. Miał w sobie coś, czego coraz bardziej brakuje wielkim produkcjom streamingowym: poczucie, że ktoś tu naprawdę chce komuś nadepnąć na odcisk.
Ale finał sprawił, że nie będę tęsknił.
Nie dlatego, że nagle zapomniałem, jak dobry był ten serial przez pierwsze trzy sezony. Nie dlatego, że przekreślam Homelandera, Butchera, Starlight, Frenchiego, Kimiko czy całą tę chorą galerię ludzi zniszczonych przez Związek V, władzę i własne traumy. Nie dlatego, że uważam „The Boys” za porażkę.
Liczyłem, że na finalne losy Homelandera będzie miał wpływ jego „ojciec”, czyli Soldier Boy, ale ten wątek został potraktowany po macoszemu
Nie. To wciąż jeden z najważniejszych seriali superbohaterskich ostatnich lat, być może najważniejszy antysuperbohaterski serial swojej epoki.
Nie będę tęsknił, bo serial, który powinien zejść ze sceny, podpalając kurtynę, zaczął ją nerwowo zwijać. Bo zamiast ostatniego ciosu dostałem serię uników. Bo tam, gdzie powinna być rozpacz, gniew albo katharsis, pojawił się scenariuszowy banał.
Najgorsze finały to nie zawsze te, które wszystko niszczą. Czasem gorsze są te, które po prostu nie dorastają do własnej legendy. I taki jest dla mnie koniec „The Boys”.
Nie katastrofa. Nie zdrada absolutna. Raczej smutny widok kogoś, kto kiedyś wchodził do pokoju kopniakiem, a wychodzi bocznymi drzwiami, mamrocząc coś pod nosem.
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, kiedy do cholery zobaczymy nowego Bonda i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że „Wskrzeszenie” Vala Kilmera to dopiero początek.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Play obniża cenę światłowodu z telewizją przez rok. Do tego dorzuca HBO Max lub Eleven…
Legendarne głośniki, gwarantujące przestrzenny dźwięk i znakomitą jakość! Logitech Z906 w niższej cenie - zdecydowanie…
Jeden z najlepiej wycenionych telewizorów OLED z 2025 roku doczekał się ULTRA promocji! Hitowy Samsung…
FC Barcelona i Olympique Lyon zagrają w finale Ligi Mistrzyń UEFA 2025/26. Podpowiadamy o której…
Hitowy Google TV Streamer może być Twój w TURBO niskiej cenie! Ta przystawka to jeden…
Nie wiesz, co włączyć dziś wieczorem? Netflix ma trzy mocne propozycje: miłość w ciemno, wielki…