Przez prawie cztery dekady Hollywood traktowało He-Mana jak kłopotliwego krewnego, o którym lepiej nie mówić przy stole. Travis Knight właśnie udowodnił, że to był błąd.
Spis treści
Mam wobec tej historii absolutnie nieobiektywny stosunek i nie zamierzam tego ukrywać. He-Man był częścią mojego dzieciństwa w sposób, który trudno wytłumaczyć komuś, kto nie przyklejał się do telewizora w sobotnie poranki.
Książę Adam, Zamek Grayskull, Eternia, Man-at-Arms, Szkieletor z tą nieodłączną, przeraźliwą chryją w głosie. To nie były dla mnie tylko plastikowe figurki, a cały mitologiczny kosmos, tak samo poważny, jak Śródziemie czy „odległa galaktyka”.
I właśnie dlatego katastrofa z 1987 r. bolała tak szczególnie. Film z Dolphem Lundgrenem był produkcją, przy której nawet jako dziecko czułem, że coś tu nie wyszło – akcja rozgrywała się głównie na Ziemi, budżet wyparował gdzieś przed zdjęciami, a Eternia wyglądała jak magazyn w New Jersey.
Film zarobił nędzne 17 mln dol. i przez blisko cztery dekady zamroził całe uniwersum. Podczas gdy Marvel budował swoje imperium, a nawet Barbie doczekała się błyskotliwej, wielomilionowej ekranizacji, He-Man siedział cicho na półce i zbierał kurz. Jak porzucona zabawka.
Wierzyłem, że „Władcy Wszechświata” będą dobrym filmem, ale to, co zobaczyłem w kinie, przerosło moje oczekiwania
Dlatego, wchodząc na salę kinową, byłem pełen radości zmieszanej z niepokojem. Bałem się jednego: że Hollywood znowu skrzywdzi coś, co jest dla mnie ważne. Że będzie mdłe, że będzie się wstydzić własnego materiału źródłowego, że zamiast Eterni dostanę kolejny generyczny blockbuster z superbohaterem w centrum. Na szczęście się myliłem.
Travis Knight to człowiek, który już raz udowodnił, że potrafi z miłością obchodzić się z popkulturowym materiałem pozornie skazanym na śmieszność – jego „Bumblebee” był jedynym naprawdę dobrym filmem rozrywkowym. Tutaj robi coś podobnego, ale idzie o krok dalej.
Knight rozumie fundamentalną prawdę o He-Manie: że ta historia nigdy nie miała być serio – ale to nie znaczy, że nie może być szczera.
Jego „Władcy Wszechświata” to film świadomie osadzony w estetyce lat 80., w całej jej kampowej glorii. Eternia wygląda jak przepięknie rozbudowany plac zabaw – kolorowa, przesadzona, z laserami obok mówiących tygrysów i zamkami obok kosmicznych statków.
Kostiumy są wierne oryginałowi do stopnia, który momentami wyciska łzy z oczu – tak, He-Man biega w skórzanych spodenkach i uprzęży, i film ani przez chwilę się z tego nie śmieje. Przyjmuje to za aksjomat swojego świata. Ścieżka dźwiękowa, gitarowo-rockowa, pulsuje energią – jest nawet miejsce dla klasycznego kawałka Queen, który sprawia, że chce się wstać z fotela.
Skojarzenia z „Flashem Gordonem” z 1980 r. są nieuniknione i bardzo na miejscu – to ten sam stosunek do własnej absurdalności: pełna powaga wobec świata, który z zewnątrz wygląda jak szaleństwo.
Knight nie ironizuje, nie przymyka oka zbyt często, nie robi z widzów głupców. Ufa, że sala kinowa wypełniona jest ludźmi, którzy (jak ja) mają w sobie kawałek dziecka bawiącego się plastikowym mieczem – i do tego dziecka mówi wprost.
Nicholas Galitzine jako książę Adam to obsada, która mnie początkowo zastanawiała. Kojarzyłem go z ról romantycznych – lekkich, eleganckich, trochę nieprzystępnych. Ale na ekranie działa fenomenalnie.
Jego Adam to ktoś, kto przez 15 lat żył na Ziemi jako szary człowiek z działu HR, próbując zapomnieć o tym, że jest synem króla z innej planety. Galitzine gra tę zagubioną dwoistość z rozbrajającym wdziękiem – jest jednocześnie roztrzepany i wiarygodny, za duży na swój własny świat i za mały na świat, do którego należy.
Kiedy w końcu wznosi miecz i wypowiada „te słowa” – te konkretne słowa – cała sala wstrzymała oddech. Czułem to. I nie wstydzę się powiedzieć, że obudziło to we mnie dziecko, które wydawało się już na zawsze stracone.
Camila Mendes jako Teela to jedna z przyjemniejszych niespodzianek obsadowych roku. Mogła zagrać rolę twardej wojowniczki z tektury – zamiast tego gra kobietę, która kocha Adama od dzieciństwa, jest na niego wściekła za to, że zniknął, i jednocześnie nie potrafi go nie ratować.
Jej chemia z Galitzinem jest na tyle naturalna, że ich sceny razem należą do emocjonalnych centrów całego filmu.
Idris Elba jako Man-at-Arms robi to, co Idris Elba zawsze robi: wchodzi do kadru i natychmiast staje się „szefem”. Jego Duncan to postać z przeszłością, z poczuciem winy, z ciężarem – i Elba niesie to wszystko z klasą, która sprawia, że nawet w środku kosmicznej szarady wierzysz w każde jego słowo. Mam nadzieję, że dostanie jeszcze więcej czasu w tym uniwersum.
Muszę to powiedzieć głośno, bo przez długi czas byłem sceptyczny: Jared Leto jako Szkieletor to jedna z najlepszych decyzji obsadowych roku. Kiedy ogłoszono casting, Internet podzielił się na dwa obozy. Pamiętam, że sam kręciłem głową z niedowierzaniem. Leto ma reputację aktora, który potrafi być równie irytujący co genialny, a jego historia z wielkimi popkulturowymi rolami jest nierówna.
Ale tutaj – tutaj jest po prostu doskonały. Jego Szkieletor ma w sobie coś z Tima Curry’ego w „Legendzie”: jest jednocześnie groteskowy, przerażający i nieodparcie teatralny. Scena, w której Szkieletor wchodzi do głowy Adama i zamienia jego wspomnienia w osobliwy spektakl, to czyste szaleństwo kina rozrywkowego. Trzeba to zobaczyć, żeby zrozumieć, jak daleko Leto był gotów się posunąć. I jak bardzo mu to wyszło.
Nie można narzekać na brak akcji we „Władcach Wszechświata”, ale czuję, że najlepsze jeszcze przed nami
Nie bez znaczenia jest też cameo Dolpha Lundgrena, który pojawia się jako zwykły facet na siłowni i rzuca Adamowi kilka rad życiowych. To jeden z tych momentów, gdy film puszcza oko do widza z idealną dawką czułości – bez drwiny, za to z prawdziwym ciepłem wobec historii, która przechodziła przez ręce wielu ludzi.
Byłbym nieuczciwy, gdybym powiedział, że film jest bez skazy. 140 minut to o jakieś 20 minut za dużo – kilka wątków pobocznych woła o cięcie montażowe, a efekty komputerowe w paru scenach nie trzymają poziomu. Szkieletor też miejscami traci na wyrazistości przez CGI, które odbiera mu możliwość grania twarzą.
Scenariusz balansuje między wielką przygodą a komedią i nie zawsze trafia w punkt – bywa, że żart staje w miejscu, gdzie powinna stać scena emocjonalna, i odwrotnie. Film chce być jednocześnie kinem familijnym, nostalgicznym hołdem i komentarzem na temat tego, czym jest prawdziwa siła – i nie zawsze udaje mu się wszystkie te ambicje pogodzić.
Ale – i to jest ważne – te wady nie przeszkadzają. Bo „Władcy Wszechświata” mają coś, czego brakowało połowie ubiegłorocznych blockbusterów: autentyczny entuzjazm. To film nakręcony przez kogoś, kto naprawdę chciał go nakręcić, dla widzów, którzy naprawdę chcieli go zobaczyć. I to czuć w każdej scenie.
Wyszedłem z kina z przekonaniem, że właśnie oglądałem coś ważnego – nie dlatego, że to arcydzieło, ale dlatego, że to obietnica. Eternia jest ogromnym, bogatym światem, który ledwo zarysowuje się w tym pierwszym filmie. Są postacie, które chcę zobaczyć rozwinięte. Są zakątki tego uniwersum, które wołają o eksplorację.
Liczę, że Amazon MGM potraktuje to jako fundament – tak jak „Iron Man” zapowiadał coś większego, tak „Władcy Wszechświata” będą kamieniem węgielnym nowego i fajnego popkulturowego świata.
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, kiedy do cholery zobaczymy nowego Bonda i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że superbohater nie musi za każdym razem ratować świata w blasku fleszy.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
The Wolf Among Us 2 wraca po 13 latach przerwy i wygląda na to, że…
Flagowy soundbar Samsung z rozbudowanym systemem głośników pojawił się w bardzo atrakcyjnej ofercie. To propozycja…
Prime Video pokazało pierwszy zwiastun serialu "Ride or Die". W komedii akcji występują Octavia Spencer…
Szukasz telewizora o świetnych parametrach, dużej przekątnej ekranu w niedrogiej cenie? Już teraz masz szansę…
Co oglądać w Disney+? Jakie nowe seriale i filmy warto znać? Sprawdź najważniejsze premiery w…
Do sieci ponownie trafił nieoficjalny zwiastun filmu „Spider-Man: Całkiem nowy dzień”. Jak opisuje Fiction Horizon,…