„Niebo nad portem ma kolor telewizora nastawionego na nieistniejący kanał.” To zdanie otwierające „Neuromancera” rozpoznają wszyscy miłośnicy Williama Gibsona. Twórcy serialu mogli potraktować je z nabożeństwem, podkreślić markerem i oprawić. Robią coś lepszego: zamieniają je w obraz. A to dopiero początek.
Spis treści
„Neuromancer” nie potrzebuje kustoszy. Nie potrzebuje fanatyków. Nie potrzebuje paranoików. Potrzebuje ludzi, którzy rozumieją, że wierność powieści nie polega na przepisaniu wszystkich kabli, elektrod i nazw urządzeń z 1984 roku. Chodzi o to elektryczne uczucie zagubienia; poczucie, że technologia wyprzedziła człowieka o kilka długości, a on mimo to próbuje się z nią zmierzyć.
Pierwszy trailer serialu Apple TV właśnie tak działa. Jest szybki, brudny i pewny siebie. Pokazuje Chibę nie jako park rozrywki pod nazwą „Cyberpunk”, lecz jako miasto, w którym technologia zdążyła się zestarzeć, wejść ludziom pod skórę i trafić na czarny rynek.
Callum Turner jako Case nie wygląda na człowieka, któremu rozsądnie byłoby pożyczyć pieniądze. To komplement. Zwiastun również nie zatrzymuje się, żeby grzecznie objaśnić świat. Wchodzi do pokoju, przewraca stolik i wychodzi.
Bardzo po gibsonowsku.
Przyszłość napisana na maszynie
William Gibson napisał „Neuromancera” na ręcznej maszynie Hermes z 1927 roku. Nie znał się szczególnie na komputerach. Później przyznawał, że właśnie dzięki temu książka mogła powstać. Dlaczego? Inżynier zainteresowałby się tym, jak komputer działa. Handlowiec tym, jak można by go sprzedać. Gibson zainteresował się tym, co komputer robi z człowiekiem.
Jednym z impulsów był widok dzieci pochylonych nad automatami w salonie gier. Prymitywna grafika nie miała znaczenia. Kilka pikseli i joystick wystarczały, żeby gracze próbowali niemal fizycznie wejść do środka. Gibson zrozumiał coś, czego nie pojmowała jeszcze większość producentów komputerów tamtych czasów: ludzie nie będą traktować cyfrowego świata wyłącznie jako narzędzie. Potraktują go jak miejsce.
To miejsce nazwał cyberprzestrzenią.
Samo słowo użył wcześniej w opowiadaniu „Wypalić Chrom”, ale dopiero „Neuromancer” nadał mu kulturową siłę. Sieć stała się krajobrazem. Można było do niej wejść, poruszać się po niej, obserwować dane przybierające formę świetlistej architektury i spotykać byty, które nie mieściły się już w definicji programu komputerowego.
Gibson nie przewidział smartfonów, mediów społecznościowych ani Internetu w znanej nam postaci. Przewidział coś ciekawszego: emocjonalny stosunek człowieka do sieci.
Ojciec „Matriksa” i „Cyberpunka 2077”
„Neuromancer” nie stworzył cyberpunku z niczego. Przed nim istniał „Blade Runner”, były książki Philipa K. Dicka, Johna Brunnera i J.G. Ballarda, rozwijały się kultura hakerska, punk oraz lęk przed rosnącą potęgą korporacji. Nawet terminu „cyberpunk” Gibson nie wymyślił.
Potrafił jednak zebrać te napięcia i nadać im postać, którą dało się przenosić dalej. Połączył powieść noir, opowieść o napadzie, narkotyczną prozę Williama S. Burroughsa, kulturę uliczną, fascynację Japonią i rodzący się świat komputerów.
Technologia Gibsona nie lśni fabryczną nowością. Jest używana, naprawiana, kradziona i przerabiana. Kliniki chirurgiczne sąsiadują z podejrzanymi barami, wojskowe implanty trafiają na czarny rynek, a najnowocześniejsze urządzenia znajdują się w rękach ludzi, których nie stać na spokojne życie.
To różnica między cyberpunkiem a futurystyczną dekoracją. Nie wystarczy noc, deszcz i różowy neon. Technologia musi być nierówno rozdzielona. Ktoś dzięki niej żyje 150 lat, a ktoś inny sprzedaje własne ciało. Postęp nie rozwiązuje problemów społecznych. Daje im lepszy procesor.
W świecie „Neuromancera” państwa tracą znaczenie, a korporacje zaczynają przypominać rody dynastyczne. Mają własne terytoria, systemy bezpieczeństwa, najemników i ambicje dłuższe niż życie pojedynczego człowieka. Nie przejmują świata w widowiskowym zamachu stanu. Po prostu go wchłaniają.
Bez „Neuromancera” nie byłoby „Matrixa”. Film Wachowskich wyrósł również z anime, komiksów, „Ghost in the Shell”, kina kung-fu, literatury Philipa K. Dicka i filozofii Jeana Baudrillarda, ale adres jednego z jego najważniejszych przodków z całą pewnością znajduje się w Chibie.
U Gibsona cyberprzestrzeń nazywana jest matrycą. Haker podłącza do niej układ nerwowy, opuszcza ograniczenia ciała i porusza się po świecie danych. Potężne sztuczne inteligencje realizują cele niezrozumiałe dla ludzi. Granica między osobą, zapisem osobowości i programem staje się coraz słabsza.
Później podobne idee odnajdziemy w „Ghost in the Shell”, „Deus Ex”, „Shadowrunie” i „Cyberpunku 2077”. Twórcy nie zawsze musieli nawet czytać Gibsona. Wystarczyło, że znali dzieła ludzi, którzy go przeczytali.
To dziś największy problem ekranizacji. Młodszy widz może zobaczyć Molly i pomyśleć o bohaterach „Cyberpunka 2077”. Korporacyjne systemy przypomną mu „Deus Ex”, a cyfrowe duchy – „Ghost in the Shell”. Ale to będzie ok.
„Neuromancer” może wyglądać jak kopia własnych dzieci. Serial nie musi jednak udowadniać, że Gibson był pierwszy. Musi pokazać, dlaczego jego wizja była tak atrakcyjna, że cała popkultura postanowiła ją rozkraść.
Dlaczego czekaliśmy tak długo?
Z ekranizacją „Neuromancera” łączono m.in. Chrisa Cunninghama, Chucka Russella, Vincenza Nataliego i Tima Millera. Projekty powstawały, zmieniały właścicieli i znikały. Hollywood przez lata zachowywało się tak, jakby bardzo chciało mieć „Neuromancera”, pod warunkiem że nie trzeba będzie go naprawdę nakręcić.
Problemem nie były wyłącznie efekty specjalne. Głównym efektem w tej książce jest język.
Gibson nie oprowadza czytelnika po świecie. Pisze tak, jakbyśmy mieszkali w nim od urodzenia i nie zadawali głupich pytań. Nazwy urządzeń, narkotyków, korporacji i subkultur pojawiają się bez ostrzeżenia. Sens trzeba wyciągać z kontekstu.
Dzięki temu przyszłość nie wygląda jak dekoracja przygotowana dla turystów. Istnieje niezależnie od czytelnika.
Kino zwykle boi się takiego braku objaśnień. Ktoś proponuje bohatera, który nie zna świata i może zadawać pytania w imieniu publiczności. Ktoś dopisuje eksperta tłumaczącego zasady działania matrycy przed przezroczystym ekranem.
Po 20 minutach Gibson zostaje bezpiecznie rozbrojony. Tyle że dezorientacja jest częścią doświadczenia. Czytelnik ma się przez chwilę czuć jak człowiek wyrzucony nocą na ulicę Chiby bez pieniędzy i z rozładowanym telefonem.
Kłopotem są również bohaterowie. Molly łatwo zamienić w efektowną wojowniczkę w okularach. Trudniej zachować jej chłód, niezależność i świadomość ceny płaconej za traktowanie własnego ciała jak narzędzie pracy.
Jeszcze łatwiej zepsuć Case’a. Współczesny serial prawdopodobnie próbowałby zrobić z niego uroczego łobuza, który rzuca dowcipami, ale w odpowiedniej chwili pokazuje dobre serce. Książkowy Case jest egoistyczny, uzależniony i emocjonalnie wybrakowany. Bardziej tęskni za siecią niż za ludźmi.
Jeżeli Apple zrobi z niego komputerowego Hana Solo, serial może być widowiskowy. Nie będzie jednak „Neuromancerem”.
Dlaczego Apple może dowieźć?
Apple TV zasłużyło na kredyt zaufania w SF. „Rozdzielenie” udowodniło, że można zbudować wybitny serial wokół jednego niepokojącego pomysłu i nie wyjaśniać go natychmiast w obawie przed odpływem widzów.
„Silos” potrafił utrzymać tajemnicę, „For All Mankind” dostało czas na rozwinięcie alternatywnej historii, a „Fundacja” – którą przez lata uznawano za „nieadaptowalną” – imponuje skalą.
Apple ma pieniądze, ale ważniejsze jest to, że traktuje fantastykę jak gatunek dla dorosłych, a nie wymówkę do pokazywania drogich efektów.
10-odcinkowy serial, nawet jednosezonowy, jest też lepszym formatem niż film. Pozwala zachować konstrukcję napadu, psychikę Case’a, osobną historię Molly, korporacyjną intrygę i sztuczne inteligencje, których cele wykraczają poza ludzkie pojęcie dobra oraz zła.
Jest w tym oczywiście ironia. Powieść o zamkniętych systemach, korporacyjnych dynastiach i technologii kontrolującej użytkownika ekranizuje jedna z największych technologicznych korporacji świata. Gibson prawdopodobnie nie wymyśliłby lepszego żartu.
Estetyka Apple pozostaje jednocześnie największym zagrożeniem. Firma kocha powierzchnie bez odcisków palców. Gibson pisze o świecie składającym się niemal wyłącznie z odcisków palców.
Jeżeli Chiba będzie zbyt czysta, Molly zbyt modna, Case zbyt sympatyczny, a przemoc zbyt elegancko oświetlona, dostaniemy „cyberpunk premium” – piękny produkt, z którego usunięto punk.
Trailer na szczęście sugeruje coś innego. Technologia ma w nim fakturę, ciała wydają się podatne na ból, a świat istnieje także poza kadrem. Nawet zmiany wobec książki, takie jak widoczne na plakacie złącze przypominające implant, nie muszą być problemem.
Wierność nie polega na zachowaniu każdego przewodu. Polega na zachowaniu relacji między przewodem a człowiekiem.
Niech „Neuromancer” będzie dziwny
Apple pokaże dwa pierwsze odcinki 22 stycznia 2027 roku, a następne będzie udostępniać co tydzień. To właściwy rytm dla historii, która powinna trochę z nami zostać, zamiast zniknąć w trzydniowym maratonie.
Po jednym trailerze nie wpisuję jeszcze „Neuromancera” na listę arcydzieł, ale chciałbym. Widzę coś rzadszego niż drogie efekty: ekranizację klasyki, która nie wygląda na spłacanie długu wobec historii gatunku. Twórcy nie ustawiają Gibsona na cokole. Wygląda na to, że chcą ponownie wypuścić go na ulicę.
I właśnie tego oczekuję. Nie pomnika cyberpunku, lecz serialu nieprzyjemnie żywego – takiego, który uwodzi swoim światem, ale nie pozwala się w nim wygodnie urządzić.
„Neuromancer” nie powinien być znajomy tylko dlatego, że jego pomysły widzieliśmy już dziesiątki razy. Powinien przypomnieć, dlaczego kiedyś wydawały się nowe, obce i niebezpieczne.
Jeżeli Apple to uchwyci, dostaniemy coś więcej niż udaną adaptację. Przyszłość, którą popkultura przez 42 lata pożyczała od Gibsona, wreszcie wróci do swojego źródła.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że może jednak MCU da się jeszcze uratować i polecam lekturę felietonu, w którym pytam, co Christopher Nolan zobaczył za horyzontem?
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.















Dodaj komentarz