Czekam na 3. sezon Pierścieni Władzy i nie zamierzam się tego wstydzić

11 listopada wracam do Śródziemia i już wiem, że połowa internetu znów będzie na mnie krzyczeć. Oto siedem powodów, dla których czekam na najbardziej znienawidzony serial fantasy dekady. W tym kilka, które Was wkurzą.

Zacznę od wyznania, które w niektórych zakątkach internetu wystarczy, żeby stracić prawo do nazywania siebie fanem Tolkiena – czekam na trzeci sezon Pierścieni Władzy bardziej niż na jakąkolwiek inną serialową premierę tego roku. Nie „obejrzę, bo trzeba”. Nie „sprawdzę z ciekawości, czy się poprawili”. Czekam, odliczam i odpalam Prime Video 11 listopada i z marszu oglądam pierwsze cztery odcinki serialu.

Piszę to jako człowiek, który Hobbita przeczytał w podstawówce i przez kolejny rok rysował na marginesach zeszytów smoki, a trylogię Jacksona oglądał w kinie tak wiele razy, że potrafi z pamięci odtworzyć całą przemowę Theodena spod Pelennoru. Kilka lat później wziąłem się za Silmarillion i przebrnąłem przez niego dwa razy – za pierwszym z uporem człowieka, który nie chce się przyznać, że nic nie rozumie, za drugim już z prawdziwą frajdą, bo nagle wszystkie te imiona zaczęły ze sobą rozmawiać.

Co oglądać w Prime Video? Poznaj najciekawsze nowe filmy i seriale

Mówię o tym nie po to, żeby machać legitymacją fana, tylko żeby było jasne, z jakiego miejsca piszę. Nie jestem przypadkowym widzem, który wpadł do Śródziemia przez serial. Jestem człowiekiem, który zna materiał źródłowy na tyle dobrze, by widzieć wszystkie miejsca, w których Amazon go nagina. A mimo tego w dalszym ciągu czekam na 3. sezon Pierścieni Władzy.

Wiem, jak to brzmi. Przez cztery lata wyrobiliśmy sobie zbiorowy odruch. Gdy pada tytuł Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy, trzeba przewrócić oczami, wspomnieć o miliardzie dolarów wyrzuconym w błoto i wrócić do oglądania trylogii Jacksona na Blu-rayu. Rozumiem ten odruch. Sam go miałem. A potem obejrzałem drugi sezon.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Nie wstydzę się tego powiedzieć, sezon drugi był dobry

Wiem, że to zdanie właśnie kosztowało mnie połowę czytelników, ale trzymajmy się faktów. Drugi sezon naprawił większość tego, co bolało w pierwszym. Przestał ukrywać, kto jest Sauronem, przestał wozić hobbitów przez pół świata bez powodu i wreszcie postawił w centrum relację, na której cała ta opowieść powinna stać – Sauron i Celebrimbor. Upadek Eregionu to była najlepsza godzina telewizji fantasy od czasu… no, powiedzmy sobie szczerze, od dawna.

Problem Pierścieni Władzy polega na tym, że werdykt wydano po trzech odcinkach pierwszego sezonu i nikt go już wnie zmieni. Serial mógłby teraz dostarczyć adaptację Silmarillionu wyrytą w kamieniu przez samego Tolkiena i pod postem wciąż byłoby pięćset komentarzy o tym, że elfy mają za krótkie włosy.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Kibicuję z czystej przekory

To będzie najbardziej niepopularny fragment tego tekstu, więc powiem wprost. Znaczna część nienawiści do tego serialu nigdy nie dotyczyła samych Pierścieni Władzy.

Owszem, krytyka merytoryczna istniała i była zasadna. Kompresja czasowa Drugiej Ery, tempo pierwszego sezonu, hobbici jako wypełniacz, Galadriela pisana przez pierwsze osiem odcinków jak nastolatka z uprawnieniami do dowodzenia armią. Wszystko to prawda. Ale obok tej krytyki od pierwszego dnia płynął równoległy strumień, który z Tolkienem nie miał nic wspólnego. Wystawianie negatywnych ocen przed premierą, hejtowanie aktorów za kolor skóry, filmiki na YouTubie z tysiącami wyświetleń, których cała teza brzmiała „zniszczyli moje dzieciństwo”.

I wiecie co? Doszedłem do punktu, w którym z tym drugim obozem nie chcę być w jednym pokoju, nawet jeśli w kwestii tempa pierwszego sezonu zgadzam się z nim w stu procentach. Czekam na 11 listopada również dlatego, że każdy dobry odcinek tego serialu jest niewygodny dla ludzi, którzy zbudowali sobie karierę na wiecznym oburzeniu względem Pierścieni Władzy. Tak, kibicuję ze złośliwości. Uważam, że to całkowicie legalna emocja.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Simon Pegg podkładający głos Balrogowi

Nie, to nie żart. Na panelu podczas tegorocznego San Diego Comic-Con Amazon ogłosił, że legendarny Balrog przemówi głosem Simona Pegga. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę. Balrog. Ognisty demon Pierwszej Ery, byt tak potężny, że Gandalf musiał umrzeć, żeby go zatrzymać, dostanie głos aktora, którego pół świata kojarzy z gapiowatym sprzedawcą płyt walczącym z zombie za pomocą kija do krykieta.

To jest dokładnie ten rodzaj decyzji, który sprawia, że ja chcę to zobaczyć natychmiast. Bo albo wyjdzie z tego coś zaskakująco świetnego, wszak Pegg jest o wiele lepszym aktorem, niż sugeruje jego filmografia komediowa, bądź katastrofa, o której będziemy mówić latami. Środka nie będzie. A ja od telewizji fantasy chcę właśnie tego, żeby ktoś podjął decyzję, która może się spektakularnie wywalić.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Nazgnagôl – nazwa tak zła, że aż dobra

W trzecim sezonie dostaniemy nowych złoli – Nazgnagôlów. To sługi Saurona, wczesna, drugoerowa forma tego, co później stanie się Nazgûlami – Upiorami Pierścienia. Na wcześniej wspomnianym Comic-Conie czterech z nich w pełnych zbrojach wparowało na panel w hali H, co samo w sobie było lepszym marketingiem niż cały pierwszy sezon.

I teraz część, która rozpali fandom – ta nazwa nie istnieje u Tolkiena. Jest wymyślona. Brzmi jak wynik generatora losowych imion fantasy, a przez to puryści już ostrzą widły.

Ja jestem zachwycony. Nie samą nazwą, ta jest bowiem fatalna, ale tym, co ona oznacza. Ten serial przestał udawać, że jest przypisem do Władcy Pierścieni, i zaczął tworzyć własne rzeczy, wiedząc, że dostanie za to po głowie. Wolę serial, który wymyśla koszmarną nazwę i idzie z nią na wojnę, niż serial, który przez osiem odcinków ostrożnie przekłada cytaty z aneksów.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Gandalf, którego w tej epoce być nie powinno

Nie oznacza to jednak, że wszystko mi się podoba, a skoro już jesteśmy przy kanonie, przejdźmy do największej herezji. Nieznajomy, który przez dwa sezony błąkał się po Śródziemiu z hobbitami, jest Gandalfem. To jest problem, bo czarodzieje kanonicznie przybywają do Śródziemia dopiero w Trzeciej Erze, około tysiąca lat po wydarzeniach, które ogląda się w tym serialu. Ekspert od Tolkiena zatrudniony przez Amazona zapewnia, że obecność czarodzieja w Drugiej Erze da się z kanonem pogodzić. Puryści zapewnili w odpowiedzi, że nie da się i mniej więcej w tym miejscu dyskusja utknęła na cztery lata.

Przyznam szczerze, że przeciwnicy Pierścieni Władzy mają w tym momencie rację. Naprawdę ją mają. To jest naciąganie źródła i żadne tłumaczenie tego nie zmieni. Ale wiecie co? Mam to gdzieś.

Bo jedyna rzecz gorsza od adaptacji, która nagina kanon, to adaptacja, która tak bardzo boi się go nagiąć, że nie opowiada niczego. Jackson wyciął z Drużyny Pierścienia Toma Bombadila, przerobił Faramira, dopisał Arwenie połowę scen i zrobił najlepszą trylogię fantasy w historii kina. Wierność literze nigdy nie była tym, co decydowało, czy adaptacja jest dobra. Jeśli Gandalf w Drugiej Erze da nam scenę, którą będziemy pamiętać, to niech sobie tam będzie.

Celeborn, czyli awantura, na którą czekałem

To jest mój faworyt spośród wszystkich ogłoszeń ostatnich tygodni. Jamie Campbell Bower, aktor, którego dziś połowa świata kojarzy jako Vecnę ze Stranger Things, zagra Celeborna, czyli męża Galadrieli.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Zatrzymajcie się na moment i zastanówcie, co z tego wynika. Przez dwa sezony serial trzymał Celeborna poza kadrem, wspominając go raz na kilka odcinków jako męża zaginionego na wojnie. Przez te same dwa sezony budował najbardziej naładowaną relację całej produkcji – Galadriela i Sauron, dwie osoby, której najpierw płynęły razem tratwą przez morze, a potem próbowali się nawzajem zniszczyć. Cały fandom od czterech lat kłóci się, czy to była manipulacja, fascynacja, czy jedno i drugie.

I w tę konstrukcję trzeci sezon wprowadza męża. Który wraca z wojny. W momencie, gdy jego żona ma za sobą to wszystko. Jeśli scenarzyści choć w połowie wiedzą, co robią, będzie to najlepszy wątek sezonu i najgorętsza dyskusja w internecie od czasu pierwszego zwiastuna. A Bower to obsadowo strzał w dziesiątkę. To aktor, który potrafi zagrać jednocześnie szlachetność i coś nieprzyjemnego pod spodem. Jeżeli ktoś ma ukraść ten sezon Sauronowi, to właśnie on.

Bez strachu przed anulowaniem

Pierścienie Władzy mają umowę na pięć sezonów i pięćdziesiąt odcinków, a zerwanie kontraktu kosztowałoby Amazona dwadzieścia milionów dolarów za każdy niezrealizowany sezon. Innymi słowy – taniej jest go dokończyć niż skasować.

I tu muszę na chwilę przestać żartować, bo mam z tą platformą osobisty rachunek. Wciąż nie przetrawiłem tego, co Amazon zrobił z Kołem czasu. Serial skasowano po trzech sezonach, miesiąc po emisji finału. Dokładnie w momencie, w którym wreszcie zaczął zbierać najlepsze recenzje w swojej historii. Powód był czysto finansowy – oglądalność nie nadążała za kosztami. Z czternastotomowego cyklu Roberta Jordana zdążyliśmy zobaczyć ułamek tej fascynującej historii. Fani zebrali ponad sto trzydzieści tysięcy podpisów pod petycją, uruchomili osobną stronę, próbowali szukać ratunku u innych platform. Na nic się to zdało. Jeden komunikat prasowy zamknął temat.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Nie ma sensu udawać obiektywizmu, bo byłem wściekły przez dobrych kilka tygodni. Zainwestowałem w tę opowieść cztery lata i dostałem w zamian informację, że tabelka w arkuszu wyszła nie tak, jak trzeba. Dlatego świadomość, że w przypadku Pierścieni Władzy sytuacja jest odwrotna, że tu umowa działa na korzyść widza, a nie księgowego, ma dla mnie realną wartość emocjonalną. Ta sama platforma, która porzuciła mnie w połowie jednej opowieści, jest kontraktowo przykuta do drugiej. Zabrzmi to cynicznie, ale po Kole czasu wolę serial zabezpieczony klauzulą niż serial zabezpieczony dobrymi intencjami.

W epoce, w której platformy ucinają seriale po jednym sezonie w środku wątku i pytają widzów, czy się nie obrazili, mamy produkcję z gwarancją dotarcia do finału. Nie „może zostanie zakończone”. Zostanie. Jako człowiek porzucony przez streamingi z kilkunastoma nierozwiązanymi fabułami uważam to za wartość samą w sobie. I tak, uważam, że kontrakt jest ciekawszym argumentem za oglądaniem niż połowa recenzji, jakie o tym serialu napisano.

To, na co czekam najbardziej

A teraz na poważnie, bez zaczepek. Trzeci sezon zaczyna się pięć lat po upadku Eregionu. Śródziemie jest w wojnie, armie Saurona przeszły niemal cały świat, a z bastionów oporu zostały Khazad-dûm, Lindon i Rivendell. I w tym wszystkim, gdzieś w ogniu, ma paść cios, na który czekaliśmy trzy sezony – wykucie Jedynego Pierścienia.

To jest scena, którą fani Tolkiena mają w głowie od dziesięcioleci, a której nikt nigdy nie pokazał. Nie ma jej nawet w trylogii Jacksona. Nikt pokazał tego na żywo, tak jak nikt nie przedstawił, gdy Sauron zamyka własną duszę w kawałku metalu.

Amazon ma teraz szansę zrobić najlepszą scenę w historii tego serialu i jedną z najważniejszych scen całego uniwersum. Może ją spektakularnie zmarnować. Ale dostanie na nią budżet, na jaki nie miał szans nikt inny. I osiem odcinków rozpisanych w iście wojennym tempie.

Dorzućmy do tego harmonogram, który sam jest kontrowersją. Dostaniemy cztery odcinki 11 listopada, dwa 18 listopada, a wreszcie dwuodcinkowy finał 25 listopada. Cały sezon w dwa tygodnie. Część fanów już protestuje, że dyskusja umrze, zanim się rozkręci, i mają rację – to decyzja, która zabija miesiąc teorii i memów. Ale ja, po dwóch sezonach oglądanych w rytmie „jeden odcinek na tydzień plus tydzień czytania, kto się na kogo obraził”, przyjmuję ją z ulgą. Chcę zobaczyć tę wojnę jak film, nie jak comiesięczny biuletyn.

fot. Prime Video / Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy

Do zobaczenia 11 listopada

Nie twierdzę, że „Pierścienie Władzy” to arcydzieło. Twierdzę, że to najciekawsza porażka, najciekawszy sukces i najciekawszy konflikt w popkulturze ostatnich lat, wszystko naraz. Pierścienie Władzy, przynajmniej mi, dają więcej frajdy niż kolejny bezpieczny, poprawny sezon serialu, o którym zapominam chwilę po emisji.

Więc tak, czekam. A w komentarzach czekam na Was, zarówno tych, którzy powiedzą, że straciłem wszelką wiarygodność, i tych, którzy po cichu przyznają, że drugi sezon też ich zaskoczył. Jestem ciekaw, którego obozu będzie więcej.

Marcin Nic

Najnowsze artykuły

Gra Bethesdy na Switch 2 pod znakiem zapytania. Niepokojące wieści

Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…

10 października 2026

Xbox zasypie graczy premierami! 40 gier w jednym tygodniu

Nadchodzący tydzień na Xbox przyniesie gry ze znanych serii, rodzinne przygody i produkcje dostępne w…

10 października 2026

Twierdza 4 wraca do korzeni! Nowe demo ogracie za darmo

Twierdza 4 dostała nowe demo na Steam. Można sprawdzić fragment zamkowego życia, a to dopiero…

10 października 2026

Steam Deck ułatwi życie graczom! Trwają testy przydatnej zmiany

Steam Deck dostał aktualizację testową, która zdejmie z graczy jeden z obowiązków przy uruchamianiu gier.…

10 października 2026

GTA 6 na Nintendo Switch 2? Padła pierwsza odpowiedź. Nie wszystko jest takie oczywiste

Czy GTA 6 trafi na Nintendo Switch 2? Przedstawicielka Nintendo po raz pierwszy odniosła się…

10 października 2026

PS5 zmieni menu główne! Sony wprowadzi tam coś zaskakującego

Sony szykuje nietypową zmianę w menu głównym PS5. Tym razem nie chodzi o gry, a…

10 października 2026