„Digger” złości mnie, bo ma rację. Tom Cruise gra człowieka, który doprowadza świat na skraj katastrofy, a później chce go ratować. Iñárritu dostaje wymarzony materiał na satyrę, ale tak długo objaśnia nam, kto jest winny, że gubi ciekawsze pytanie: dlaczego doskonale o tym wiemy i potrafimy z tą wiedzą spokojnie żyć?
Spis treści
Potentat naftowy Digger Rockwell zignorował 42 maile ostrzegające przed katastrofą. Tak, 42. Scenariusz skrupulatnie gromadzi dowody winy, jakby obawiał się, że po 41. ktoś jeszcze spróbuje bohatera usprawiedliwić.
Digger miał wszystkie informacje, wszystkie możliwości i wszystkie powody, żeby się zatrzymać. Nie zatrzymał się, bo od dawna uważa świat za własność.
Rozumiem tę złośliwość. Bogacz nie czyta wiadomości, bo jest zajęty byciem bogaczem; konsekwencje jego beztroski ponoszą inni.
Ale interesuje mnie także człowiek, który przeczytał wszystkie ostrzeżenia. Nawet odpowiedział. Podziękował za czujność, polecił przygotować analizę, po czym uznał, że zmiana decyzji na tym etapie byłaby zbyt kosztowna.
Taki człowiek potrafi mieć dobre maniery, rozsądne argumenty i bardzo spokojny sen. Wcale nie musi zachowywać się jak groteskowy tyran.
Alejandro González Iñárritu wybiera przeciwnika znacznie łatwiejszego do przejrzenia. Digger Rockwell, grany przez Cruise’a, eksploatuje planetę z poczuciem, że właściwie robi jej przysługę.
Kiedy działalność jego firmy prowadzi do katastrofy na Grenlandii, a ogromna masa lodu zaczyna zagrażać Europie, musi ratować także własną reputację. Człowiek sukcesu ma przecież szczególne zobowiązanie wobec swojego sukcesu: nigdy nie dopuścić, żeby wyglądał na cudze nieszczęście.
Pod tym względem film dotyka czegoś ciekawego. Ogarnianie katastrofy to tak naprawdę łagodzenie jej skutków. Digger potrzebuje wersji wydarzeń, w której nadal zajmuje należne mu miejsce.
Jego wyobraźnia działa intensywnie, gdy zagrożona zostaje pozycja właściciela. Nagle okazuje się, że istnieją różne sposoby przedstawienia tej samej sprawy, różne rozłożenia akcentów, różne definicje odpowiedzialności.
Niepokojący jest choćby pomysł wykorzystania AI do usuwania z obiegu słów związanych z tragedią. Władza chce ustalić, jakimi zdaniami wolno opisać jej winę.
To znacznie więcej niż kolejna próba ukrycia niewygodnej informacji. Chodzi o warunki, w których w ogóle można prowadzić rozmowę. Wokół tego szczegółu można byłoby zbudować cały film.
Iñárritu woli jednak poruszać coraz więcej tematów i coraz mocniej naciskać na „oczywistości”. „Digger” tak chętnie demonstruje głupotę i arogancję swoich bohaterów, że ich motywacja schodzi na dalszy plan.
A przecież właśnie ona zasługuje na uwagę: możliwość robienia krzywdy, zachowania wpływów i przedstawienia tego wszystkiego jako jedynego rozsądnego rozwiązania.
Kłopot ze współczesną satyrą polega także na tym, że publiczność przychodzi do kina dobrze przygotowana. Zna język wymówek, rozpoznaje bezczelność, potrafi przewidzieć tłumaczenia.
Iñárritu zdaje się traktować tę wiedzę jako coś, co należy jeszcze solidnie utrwalić. Jakbyśmy po drodze mogli zapomnieć, że pieniądze zapewniają wygodę również wtedy, gdy inni płacą za nią własnym bezpieczeństwem.
„Digger” jest przegadany. Nie przeszkadza mi długość monologu, jeśli pod jego koniec wiem o mówiącym coś, czego nie wiedziałem na początku. Ale tutaj nie ma szekspirowskich dialogów. Tutaj zbyt wiele wypowiedzi służy potwierdzeniu rozpoznania, które mieliśmy już wcześniej.
Kolejne dowody chciwości, kolejne popisy cynizmu. Film długo uzasadnia wyrok, choć sprawę rozstrzygnął już przy pierwszym spojrzeniu na oskarżonych.
Dobra rozmowa w kinie potrafi zmienić układ sił. Ktoś przekonuje drugiego człowieka, przypadkowo odsłania swoją słabość, gubi się we własnym kłamstwie. Słowa mają ciężar, nawet jeśli bohaterowie pozostają przy swoich stanowiskach.
W „Diggerze” za często pełnią funkcję komentarza do sytuacji. Mówiący staje się na chwilę reprezentantem poglądu, a po wygłoszeniu swojej części ustępuje miejsca następnemu. Teatr. Bohater się porusza, myśl niekoniecznie.
Obecność naukowca granego przez Riza Ahmeda wydobywa ten problem szczególnie wyraźnie. W świecie ludzi ignorujących konsekwencje ktoś musi wypowiedzieć to, co powinno być oczywiste.
Ale publiczność nie potrzebuje już tylko pośrednika między wiedzą a głupotą. Potrzebuje zrozumieć, co dzieje się z wiedzą, kiedy wszyscy ją usłyszeli, a nic z tego nie wynikło. Ten moment jest dużo bardziej przygnębiający niż samo lekceważenie faktów.
Obraz potrafi otworzyć przestrzeń dla niepewności, zasugerować sztuczność całego świata, nadać mu osobliwy rytm. Wtedy pojawia się możliwość, że film pozwoli nam przez chwilę nie wiedzieć.
Zaraz jednak znaczenie zostaje dopowiedziane. Jakby autor uważał, że pozostawienie widzowi swobody mogłoby osłabić jego stanowisko. To wyczerpujące przede wszystkim dlatego, że nie mamy co zrobić z własną reakcją.
Film przewiduje oburzenie, przewiduje pogardę, przewiduje bezradność. Dostarcza do nich odpowiednie wypowiedzi. Trochę jakby programował, co mamy „czuć”.
A ja po pewnym czasie zaczynam się buntować przeciwko tym przeżyciom, bo czy na pewno są one moje? To tak, gdy Apple dokładnie wie, ile iPhone’ów sprzeda jeszcze w ramach pre-orderów.
Obsadzenie Toma Cruise’a było znakomitym pomysłem. Wnosi on do filmu przyjemność, jaką daje oglądanie właściwego aktora na właściwym miejscu.
Jego Rockwell chciałby przedstawić siebie jako jedynego człowieka zdolnego opanować sytuację i w ten sposób uczynić swoją obecność niezbędną. Skoro obiecuje rozwiązanie, pytania o jego udział w powstaniu problemu zaczynają się piętrzyć.
To potężna pokusa także dla publiczności. Nasza potrzeba bohatera może przecież służyć ludziom, przed którymi powinniśmy być chronieni.
Film zbyt szybko odbiera Diggerowi możliwość takiego oddziaływania. Charakteryzacja, maniery, energia występu – wszystko pracuje na rozpoznawalną figurę potentata.
Cruise próbuje znaleźć w niej słabość i osobność, lecz scenariusz stale przypomina, jaką tezę ten człowiek ma ilustrować. Im intensywniej gra, tym wyraźniej widać granice, które mu wyznaczono. Zmiana wyglądu nie wystarcza, żeby zmienić sposób patrzenia na bohatera.
Cruise potrafi grać pewność siebie tak, że zaczyna się ona wydawać podejrzana. W „Magnolii” było w niej zarazem coś pociągającego i rozpaczliwego. Człowiek usiłował utrzymać własną wielkość, bo pod spodem nie miał wiele, na czym mógłby się oprzeć.
W takich rolach aktor potrafi wykorzystać naszą wcześniejszą sympatię przeciwko nam. Pozwala uwierzyć w bohatera dostatecznie długo, żeby późniejsze rozpoznanie coś kosztowało.
Digger został bardziej podporządkowany swojej funkcji. Możemy podziwiać wykonanie, ale trudno o chwilę moralnego zawahania się. Film pilnuje, żebyśmy wiedzieli, z kim mamy do czynienia. Nawet kiedy pojawia się kruchość, jest już obudowana tak wyraźną oceną, że niewiele można zmienić.
Szkoda, bo samo ryzyko podjęte przez Cruise’a zasługuje na uwagę. Aktor o tak silnym wizerunku wychodzi poza swoje granice. Chce być odpychający, śmieszny, mały. Problem w tym, że scenariusz nieraz traktuje te cechy jak gotowy rezultat, choć powinny dopiero otwierać postać.
Digger pozostaje zbyt łatwy do osądzenia, żeby na dobre zainteresować.
Podobnie dzieje się z groteską. Kiedy każdy jest przerysowany, trudno dostrzec, co właściwie zostało wykrzywione. Znika różnica między publiczną pozą a prywatnym odruchem. Zostaje świat ludzi występujących z maksymalną siłą, jakby spokojniejsze zdanie nie mogło unieść poważnego tematu.
Tymczasem śmiech bierze się często właśnie z różnicy: między tym, jak człowiek siebie widzi, a tym, co mimowolnie ujawnia. Groteska potrzebuje czegoś zwyczajnego, na czym może się oprzeć.
W „Diggerze” tyle rzeczy od początku występuje w skrajnej postaci, że zaskoczenie ustępuje miejsca rozpoznaniu. Wiemy, do jakiego typu należy bohater, i oglądamy kolejne potwierdzenie tej wiedzy.
Ten film ma swoje dobre momenty, ale mam wrażenie, że nie będziemy śmiać się we wszystkich tych scenach, w których twórcy by tego chcieli
Śmiech powinien też czasem wymknąć się spod kontroli. Pozwolić zareagować w sposób, którego za chwilę będziemy się wstydzić, albo dostrzec absurd tam, gdzie spodziewaliśmy się powagi.
Iñárritu bardzo dba o to, żeby komedia nie zagroziła doniosłości jego przedsięwzięcia. W rezultacie żarty są częścią oskarżenia. Mają wyśmiać odpowiednich ludzi i naprowadzić nas na właściwy wniosek.
Daje to nam dodatkową ulgę. Skupienie winy w jednej odrażającej figurze pozwala sobie wyobrazić koniec problemu: wystarczy, że magnat upadnie, zostanie osądzony, przyzna się.
Można odetchnąć. Tymczasem nawet najpotężniejszy człowiek potrzebuje innych ludzi, ich decyzji, milczenia, gotowości do wykonania swojej części pracy.
Katastrofa bywa sumą działań, z których każde osobno daje się obronić jako rozsądne. Nie wszyscy uczestnicy takiego procesu są odrażający. Niektórzy zapewne przypominają nas samych.
Groteskowy Digger staje się więc również wygodnym zastępcą: możemy obciążyć go wszystkim, czego nie chcemy zobaczyć w zwyczajnych regułach świata. Film powinien ostrożniej obchodzić się z przyjemnością, jaką sprawia nam to oskarżenie.
Przez to „Digger” przestrzela również w swojej aktualności. Trafnie wybiera tematy, ale zbyt łatwo zakłada, jaka powinna być nasza reakcja. Mamy zobaczyć skalę zagrożenia, rozpoznać winnych i wreszcie się przejąć.
Przecież wielu z nas już się tym przejmuje. Potem trzeba zapłacić rachunki, ugotować obiad, pobiegać, wyrzucić śmieci, wrócić do pracy. Wiedza o katastrofie staje się częścią dnia, niekoniecznie czymś, co ten dzień zmienia.
To przygnębiająca zdolność człowieka: można przyzwyczaić się również do informacji, do których nie powinno się przyzwyczajać.
I tu zaczyna się temat, który naprawdę mnie obchodzi. Granica między obojętnością a wyczerpaniem, między świadomą zgodą a poczuciem, że własny udział jest zbyt mały, by cokolwiek zmienić.
W takiej sytuacji kolejne wezwanie do otrzeźwienia może po prostu zwiększać zmęczenie. Człowiek rozumie jego sens, ale nie znajduje dla niego miejsca w swoim życiu. „Digger” zbyt często traktuje intensywność komunikatu jako rozwiązanie tego problemu.
Teatralna konstrukcja filmu próbuje pójść dalej. Historia Rockwella okazuje się częścią przedstawienia, a jego wykonawcy zastanawiają się nad sensem sztuki w obliczu katastrofy.
Podejrzewa, że satyra może nas uspokajać: pozwala wyśmiać odpowiednich ludzi, przeżyć odpowiednie emocje i wrócić do życia z nieco lepszą opinią o sobie.
To jest mocne pytanie. Dotyczy również samego „Diggera”, całego jego rozmachu i wysiłku. Czy wielkie widowisko o bezradności sztuki nie dostarcza nam przypadkiem kolejnej porcji przyjemności płynącej z przekonania, że wszystko rozumiemy?
Można rozpoznać własne uwikłanie i uczynić z tego kolejny powód do zadowolenia. Nawet samokrytyka może być przyjemna, nawet samounicestwienie to szansa na zmianę (Tyler Durden to lubi).
Iñárritu pokazuje, że dostrzega tę pułapkę, ale nie pozwala jej zbyt długo pozostać pułapką. Wątpliwość zostaje włączona do wywodu, a my znów mamy podążać za autorem, który wie, dokąd prowadzi.
Film chce mieć zasługę trudnego doświadczenia już za to, że je nazywa. Od satyry oczekuję jednak przeżycia, którego nie da się załatwić samym komentarzem.
Mogę przez chwilę polubić kogoś, komu nie powinienem ufać. Roześmiać się w miejscu, które za moment okaże się straszne. Uwierzyć w rozwiązanie, które służy przede wszystkim jego autorowi. Wtedy bezradność albo niepokój wynikają z czegoś, co zrobiłem, z mojego własnego odruchu.
„Digger” zbyt często poprzestaje na opowiedzeniu mi, dlaczego powinienem je odczuwać.
I to mnie w tym filmie najbardziej złości. Tyle ambicji, tyle pracy, aktor gotowy porzucić wypracowany przez lata wizerunek – a tak mało swobody dla myśli, która mogłaby zachwiać całą konstrukcją.
Ostatecznie jest tu więcej pewności niż niepokoju. Film wie, kto zawinił, wie, co powinniśmy o tym sądzić, wie nawet, jakie zastrzeżenia możemy mieć do jego metody. Tylko z człowiekiem, który wie to wszystko i następnego ranka żyje dokładnie tak samo, nie bardzo potrafi sobie poradzić.
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że może mamy już dość wojen o ten sam fotel i polecam lekturę felietonu, w którym piszę, że nikomu nie można ufać.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…
Nadchodzący tydzień na Xbox przyniesie gry ze znanych serii, rodzinne przygody i produkcje dostępne w…
Twierdza 4 dostała nowe demo na Steam. Można sprawdzić fragment zamkowego życia, a to dopiero…
Steam Deck dostał aktualizację testową, która zdejmie z graczy jeden z obowiązków przy uruchamianiu gier.…
Czy GTA 6 trafi na Nintendo Switch 2? Przedstawicielka Nintendo po raz pierwszy odniosła się…
Sony szykuje nietypową zmianę w menu głównym PS5. Tym razem nie chodzi o gry, a…