Czwarty sezon „Teda Lasso” jest słaby. I bardzo się cieszę, że powstał

Kiedy ogłoszono czwarty sezon „Teda Lasso”, głęboko westchnąłem. Gdy dowiedziałem się, że Ted ma zaczynać od nowa z kobiecą drużyną, złapałem się za głowę. Dziś, po 10 odcinkach, mam do tego sezonu sporo pretensji – i chcę piątego, a potem szóstego. Serial stracił część dawnej formy. Jego uparta wiara w ludzi działa na mnie jednak mocniej niż kiedykolwiek.

Żegnamy. Witamy

Lubię, kiedy serial wie, że skończył. To rzadka umiejętność w branży, w której nawet napisy końcowe „coś” mówią. Trzeci sezon „Teda Lasso” zostawił mnie z poczuciem domknięcia.

Można było dyskutować o drodze, ale dojechaliśmy na miejsce. Ted podjął decyzję; pozostali bohaterowie dostali swoje pożegnania; życie miało toczyć się dalej, już bez naszej obecności.

Wiadomość o kontynuacji przyjąłem więc podejrzliwie. Dobrze to znam: twórcy mówią, że mają jeszcze coś do opowiedzenia, a widz zastanawia się, czy przypadkiem najwięcej do powiedzenia nie miał dział finansowy.

Początek czwartego sezonu nie rozwiewa tych obaw. Ted długo rozważa powrót do Richmond, choć my dobrze wiemy, co zrobi. Rozumiem potrzebę uzasadnienia jego decyzji, ale dlaczego została rozciągnięta na cały odcinek? Wystarczyłoby 15 minut na powrót albo, jeszcze lepiej, od razu wskakujemy do głębokiej wody, a szczegóły poznajemy z retrospekcji.

Skoro Ted wraca, to po co w ogóle odchodził?

Później też zdarzają się chwile, kiedy twórcy grają na nostalgii. Wątek Roya i Keeley znów potrzebuje komplikacji, a Roy chwilami zachowuje się tak, jakby część emocjonalnej nauki z poprzednich sezonów odjechała razem z Jamie’m Tarttem do FC Barcelony.

Brett Goldstein nadal potrafi rozśmieszyć jednym spojrzeniem. Tyle że zaczynam tęsknić za człowiekiem, którego poznaliśmy pod tym spojrzeniem. Samo warczenie nie wystarcza już do rozwoju postaci.

Roy Kent od lat jest moją ulubioną postacią

Najbardziej przeszkadza mi jednak rozproszenie. Serial chce rozpoczynać nową historię i jednocześnie przedłużać spotkanie ze starymi znajomymi. Rozumiem obie potrzeby, sam je mam. Na ekranie zbyt często oznacza to jednak, że żadna opowieść nie dostaje tyle uwagi, ile powinna.

Zamiast wsiąkać w życie drużyny, czekam na kolejną scenę, która przypomni mi, dlaczego kiedyś tak lubiłem Richmond. To dość bolesne odkrycie.

Nowa (nie moja) drużyna

Ted wraca, żeby poprowadzić drugoligową kobiecą ekipę Richmond. Punkt wyjścia jest spoko, ale z drugiej strony, dlaczego właściwie to robi?

Jeżeli tęskni za piłką, na pewno mógłby wybrać inny kierunek, niekoniecznie kobiecy. Czuje się związany emocjonalnie z AFC Richmond? Ok, Pep Guardiola też tak czuł z Barcą, a później poszedł trenować Bayern Monachium i Manchester City. Ted Lasso mógł wrócić dużo wcześniej, niekoniecznie do kobiecej drużyny.

Tę drużynę da się lubić, ale potrzeba na to czasu – jeszcze ze 2 sezony?

Mniej przeżywam mecze. Słabiej czuję napięcia w szatni. Częściej widzę pomysł na bohaterkę, zanim zobaczę samą bohaterkę. Dawni piłkarze mieli już w mojej głowie własne miejsce: wiedziałem, co kryje się za popisami Jamiego, za gniewem Roya, za serdecznością Sama. Ich sukcesy coś ważyły, bo pamiętałem drogę, którą przeszli.

Nowa ekipa tego nie ma. Dziewczyny są sympatyczne i mają w sobie dużo mądrości. Fajnie byłoby mieć taką siostrę. Ale nie kibicuję im; nie chcę poznać ich lęków i nadziei.

Sezon 4 „Teda Lasso” jest najlepszy, gdy wracają znane i lubiane postacie – ale chyba nie o to chodziło?

Oczywiście, stare Richmond dostało ode mnie trzy sezony, nowe dostaje dziesięć odcinków i od razu musi stawać do porównania. To niespecjalnie uczciwe. Ale emocje nie czytają regulaminu: albo zaczynam się o kogoś martwić, albo pozostaję uprzejmie zainteresowany. W czwartym sezonie za często łapię się na tym drugim.

Moje początkowe łapanie się za głowę mówiło zresztą sporo o mnie. Chciałem nowych odcinków ze znajomymi ludźmi, a jednocześnie uważałem, że serial powinien się skończyć. Wygodne wymagania. Twórcy mieli zaskoczyć mnie dokładnie tym, co już znałem. Ted pewnie zadałby mi w tej sprawie kilka irytująco rozsądnych pytań.

Shannon dostaje szansę. Ja dostaję przypomnienie

Na szczęście w tym sezonie są momenty, które skutecznie przerywają moje marudzenie.

Jednym z nich jest powrót Shannon, dziewczyny znanej z wcześniejszych sezonów, grającej w piłkę w parku. Teraz pojawia się na otwartych testach. Beard i Alice mają wątpliwości, czy jest gotowa; Ted postanawia dać jej szansę. A ta wiara później bardzo procentuje.

Bohaterki są dobrze napisane, ale wydaje mi się, że nie mają takiego bagażu doświadczeń, jaki nosili ze sobą piłkarze

Takie mrugnięcie do widza lubię. Ktoś, kto wcześniej pojawiał się jako dodatek, staje się jednym z bohaterów. Znajoma twarz dostaje przyszłość, o której w przeszłości tylko marzyła.

Jest w tym cała metoda Teda, wraz z jej ryzykiem. Można przecież przecenić człowieka. Można pomylić potencjał z własnym życzeniem. A jednak wzrusza mnie gotowość, by podjąć to ryzyko.

Lizzie to od pierwszej minuty materiał na kapitankę

Podobnie działa na mnie Lizzie, która przychodzi na testy z synem. W drużynie szuka także miejsca dla siebie, poza rolą matki, która zdążyła zająć tak dużą część jej życia. Szybko okazuje się, że to urodzona kapitanka, choć zupełnie inna od Roya Kenta.

Relacja Keeley i Rebekki to przyjaźń w najczystszej postaci, bardzo budująca

Przy takich wątkach „Ted Lasso” odzyskuje dla mnie sens. Jego bohaterowie mogą być śmieszni, zagubieni, przesadnie pewni siebie albo zupełnie tej pewności pozbawieni. Serial daje im czas, żeby pokazali coś więcej. Nawet kiedy scenariusz idzie na skróty, ta cierpliwość wobec ludzi nadal potrafi mnie poruszyć.

Ted zawsze ma czas i odpowiedź

Shannon uświadamia mi też, dlaczego tak bardzo potrzebowałem tego powrotu. Coraz łatwiej przychodzi mi ocenianie, wskazywanie, co „na pewno” się nie uda.

Wystarczy kilka minut w Internecie, jedno pytanie do ChataGPT i jestem najmądrzejszy na świecie. Wystarczy trailer „Supergirl”, by wiedzieć, że to się nie uda. Wystarczy Timothée Chalamet na ekranie, by zakochać się w nowej „Diunie”. Wystarczy krótki opis, by chcieć kupić książkę. Wystarczy nowa rekomendacja Książula, by mieć pomysł na dzisiejszy obiad. Wszystko dzieje się za szybko.

Ted ma ten nieznośny zwyczaj, że chce poczekać. Chce posłuchać.

Ted jest jak Gandalf – zawsze wie, kiedy się pojawić i co powiedzieć

Jego serdeczność bywa irytująca, żarty bywają męczące, a entuzjazm czasami zasługuje na solidne potrząśnięcie. Mimo to trudno odmówić mu odwagi. Daje ludziom możliwość zawiedzenia go. Ryzykuje własne rozczarowanie, zamiast z góry urządzać wszystkim egzamin, którego nie mogą zdać.

To chyba największa mądrość tego serialu. Ted zna lęk, stratę i samotność. Dobroć nie przychodzi do Richmond z miejsca, w którym nikomu nigdy nic złego się nie stało. Wyrasta również z doświadczenia krzywdy – i z decyzji, co z tym doświadczeniem zrobić.

Czwarty sezon nie zawsze umie tę myśl dobrze opowiedzieć. Czasem zbyt szybko nagradza dobre intencje. Czasem rozmowa porządkuje sprawy, które powinny jeszcze trochę poboleć.

Zdarza mi się widzieć dokładnie, gdzie scenarzyści naciskają przycisk z napisem „wzruszenie”. I zdarza mi się dać się na to złapać. A przecież po genialnych „Słonecznikach” miałem już nie płakać…

Chcę piątego sezonu. A później szóstego i kolejnych

Dlatego chcę dalszego ciągu. Piątego sezonu, a jeśli będzie co opowiadać – również szóstego. Trzeba być uczciwym i dać zawodniczkom – podobnie jak męskiej drużynie – trzy sezony, by się rozkręcić.

Żeby Charcice stały się ludźmi, za którymi tęsknię między odcinkami. Żeby dawni bohaterowie zachowali to, czego już się nauczyli. I żeby scenariusz częściej ufał ciszy, zamiast każdą emocję dopowiadać przemową.

„Ted Lasso” to zdecydowanie najbardziej pozytywny serial, który obecnie można oglądać w serwisach VOD

Ten serial potrafi mnie znudzić, rozśmieszyć i wzruszyć w trakcie jednego odcinka. Nadal wychodzę z tych spotkań z czymś, czego nie dostaję od wielu na papierze „lepszych” produkcji.

Na początku uważałem, że powinniśmy dać już Tedowi święty spokój. Teraz cieszę się, że znów przyszedł ze swoim uśmiechem, niezręcznym żartem i pytaniem, na które nie miałem ochoty odpowiadać.

Teraz trochę mniej chce mi się być złośliwym. Jak na „najsłabszy” sezon – całkiem nieźle.

To również warto przeczytać!

Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że Tom Cruise się dokopał i polecam lekturę felietonu, w którym piszę, że nikomu nie można ufać.

Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.

Marcepan

Najnowsze artykuły

Gra Bethesdy na Switch 2 pod znakiem zapytania. Niepokojące wieści

Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…

10 października 2026

Xbox zasypie graczy premierami! 40 gier w jednym tygodniu

Nadchodzący tydzień na Xbox przyniesie gry ze znanych serii, rodzinne przygody i produkcje dostępne w…

10 października 2026

Twierdza 4 wraca do korzeni! Nowe demo ogracie za darmo

Twierdza 4 dostała nowe demo na Steam. Można sprawdzić fragment zamkowego życia, a to dopiero…

10 października 2026

Steam Deck ułatwi życie graczom! Trwają testy przydatnej zmiany

Steam Deck dostał aktualizację testową, która zdejmie z graczy jeden z obowiązków przy uruchamianiu gier.…

10 października 2026

GTA 6 na Nintendo Switch 2? Padła pierwsza odpowiedź. Nie wszystko jest takie oczywiste

Czy GTA 6 trafi na Nintendo Switch 2? Przedstawicielka Nintendo po raz pierwszy odniosła się…

10 października 2026

PS5 zmieni menu główne! Sony wprowadzi tam coś zaskakującego

Sony szykuje nietypową zmianę w menu głównym PS5. Tym razem nie chodzi o gry, a…

10 października 2026