Liczyłem, że „Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” przypomni mi, dlaczego kiedyś kochałem MCU. Podczas seansu przypomniałem sobie tylko, dlaczego przestałem je kochać.
Spis treści
Czekałem na ten film naprawdę długo. W głowie miałem jeden obraz: mroczny, polityczny thriller na miarę „Kapitana Ameryki: Zimowego Żołnierza”, tylko z nowym bohaterem pod tarczą. Liczyłem, że „Nowy wspaniały świat” będzie dla Sama Wilsona tym, czym „Zimowy Żołnierz” był dla Steve’a Rogersa – definiującym momentem.
A dostałem coś, co boli najbardziej: idealnie obojętną, bezpieczną, korporacyjną wydmuszkę. Film, którego… właściwie mogłoby nie być.
Nadzieje na polityczne MCU, którego nie zobaczyliśmy
Ten projekt od początku był ustawiany jako coś „ważniejszego”. Powrót do politycznego tonu, napięć międzynarodowych, szpiegowskiego klimatu. Czyli dokładnie tego, co najlepiej zagrało w „Zimowym Żołnierzu”.
Tam stawką był nie tylko świat, ale sens istnienia samego superbohatera w systemie władzy, inwigilacji i manipulacji. Tutaj też dostaliśmy prezydenta, konflikty geopolityczne, wojskowe interesy – ale wszystko to jest tylko dekoracją. Niby temat jest poważny, ale emocjonalnie film nie dotyka niczego.
Zamiast gęstej atmosfery paranoi mamy fabułę odhaczającą kolejne punkty jak na korporacyjnej checkliście: tu zmiana status quo, tam nowe zagrożenie, tu obowiązkowa scena akcji. Tylko że żadna z tych scen nie zostaje w głowie.
Nie mam pretensji do Anthony Mackie jako aktora. Sam Wilson jako postać ma potencjał: zwykły człowiek bez serum, bez boskich mocy, z moralnym kompasem wystawionym na realne konflikty. Tyle że ten film kompletnie nie daje mu przestrzeni, by czymkolwiek zaistnieć. Jego Kapitan jest poprawny, sympatyczny, momentami ironiczny – ale wewnętrznie pusty. Brakuje mu osobistego konfliktu, który naprawdę napędzałby historię.
I tu pojawia się brutalne porównanie, którego Marvel chyba chciał uniknąć, ale sam je wywołał. Chris Evans jako Steve Rogers był figurą tragiczną: człowiekiem z innej epoki, rozdartym między lojalnością a sumieniem. Mackie dostaje bohatera bez rys, bez bólu, bez prawdziwego dylematu. To nie jego wina. To wina tego, że scenariusz traktuje go jak element układanki.
Fabuła, która udaje, że ma znaczenie
Największym grzechem „Nowego wspaniałego świata” nie jest nawet to, że jest nudny. Najgorsze jest to, że sprawia wrażenie filmu absolutnie niepotrzebnego.
Nic się tu naprawdę nie przestawia. Żadne wydarzenie nie ma ciężaru, który rezonowałby dalej w MCU. To klasyczna zapchajdziura między kolejnymi projektami, mająca „utrzymać zainteresowanie”, ale nie wnosząca realnej zmiany.
To film, który udaje, że opowiada o władzy, manipulacji i odpowiedzialności, ale w praktyce boi się wyciągnąć jakiekolwiek ostre wnioski. Wszystko jest wygładzone, wygumkowane, bezpieczne. Jakby ktoś bał się, że prawdziwy polityczny pazur mógłby kogokolwiek urazić albo skomplikować przyszłe plany franczyzy.
Ten film boli też dlatego, że jest kolejnym dowodem na zmęczenie formuły. Przez lata Marvel nauczył widzów, że każdy tytuł „do czegoś prowadzi”. Tymczasem coraz częściej prowadzi donikąd. „Nowy wspaniały świat” wygląda jak produkt powstały z obowiązku, nie z potrzeby opowiedzenia historii.
I to właśnie dlatego ten film tak rozczarowuje. Nie dlatego, że jest katastrofalnie zły. Jest poprawny. A poprawność w kinie superbohaterskim to dziś najgorsza z możliwych ocen.
Najbardziej boli stracona szansa
Ten projekt mógł naprawdę coś znaczyć. Mógł być opowieścią o świecie bez symboli, o ciężarze legendy, o tym, czy współczesność w ogóle potrzebuje jeszcze Kapitana Ameryki. Mógł być filmem o braku wiary w autorytety, o zmęczeniu ideą bohaterstwa. Zamiast tego dostałem historię, która leci po sznurku wyznaczonym przez korporacyjną mapę faz i spin-offów.
„Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat” jest dla mnie największym filmowym rozczarowaniem 2025 roku właśnie dlatego, że oczekiwania były realnie wysokie. Wierzyłem, że dostanę nowego „Zimowego Żołnierza” – a dostałem kolejny odcinek serialu pod tytułem „MCU – trzeba coś wypuścić”.
Anthony Mackie nie jest Chrisem Evansem. Ale prawdziwy problem wcale nie leży w aktorze. Leży w tym, że Marvel przestał wierzyć, że pojedynczy film może jeszcze opowiedzieć coś istotnego sam z siebie. A bez tej wiary nawet tarcza Kapitana staje się tylko rekwizytem.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym szukam odpowiedzi na pytanie, czy naprawdę chcemy tylko rebootów. A przy okazji podrzucam swoje serialowe rozczarowanie 2025 roku.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.











Dodaj komentarz