„Rycerz Siedmiu Królestw” już po jednym odcinku przypomina, że Westeros wciąż działa: bez fajerwerków, za to z charakterem i emocją. I właśnie dlatego wraca pytanie, które trochę boli – skoro to uniwersum jest bez dna, czemu tak rzadko do niego zaglądamy?
Spis treści
„Rycerz Siedmiu Królestw” startuje skromniej niż „Gra o tron” i dokładnie tym nas urzeka. Zamiast politycznych intryg dostajemy drogę, przypadek, duet, który od pierwszych minut budzi naszą sympatię: Ser Duncana Wysokiego (Dunk) i jego młodziutkiego giermka Egga.
To historia, która oddycha innym rytmem: mniej jest tu teatru, więcej codzienności, honoru, wstydu, głodu i tej specyficznej westeroskiej ironii, kiedy człowiek chce zrobić „dobrze”, a świat odpowiada mu krótkim „powodzenia”. Serial jest adaptacją „The Hedge Knight” z cyklu Dunk i Egg i ma sześć odcinków w pierwszym sezonie.
Po jednym odcinku widać, że twórcy rozumieją podstawową prawdę o tym uniwersum: Westeros działa najmocniej nie wtedy, gdy krzyczy, tylko gdy szepcze. Kiedy kamera schodzi z sal tronowych do karczm, namiotów, błotnistych gościńców i małych rytuałów, które mówią o świecie więcej niż tysiąc heraldycznych sztandarów.
To trochę „The Mandalorian”, tylko zamiast hełmu i bounty hunterów mamy płaszcz, miecz i rycerski etos, który ciągle się rozjeżdża z realnym życiem.
„Gra o tron” była wyjątkowa, ale Westeros nie umarło
„Gra o tron” to nie był po prostu hit. To był globalny rytuał, ostatnia wielka telewizja-oglądana-wspólnie, zanim streaming rozkręcił nam życie na tysiąc osobnych osi czasu.
Ten serial miał w sobie coś z wielkiej powieści w odcinkach i coś z meczu, o którym mówi się następnego dnia w pracy. A potem – wiadomo – przyszła końcówka, która dla części widzów była jak źle postawiona kropka po ośmiu sezonach emocji. I nawet jeśli ktoś broni finału, to trudno udawać, że nie zostawił on na marce skaz.
To może być pierwszy powód, dla którego tak rzadko wracamy. Nie dlatego, że Westeros się skończyło, tylko dlatego, że nasza relacja z Westeros ma historię.
„Ród Smoka” udowodnił, że to uniwersum nadal potrafi robić telewizję z rozmachem, ale też pokazał drugą rzecz: to nie jest Marvel, który może wypuszczać trzy serie rocznie i liczyć, że widz i tak „nadgoni”. Westeros jest cięższe gatunkowo. Wymaga zanurzenia, uwagi, cierpliwości. A współczesna popkultura żyje z prędkości.
„Ród Smoka” pokazał, że da się zrobić dobry serial, który nie ma całego tego „ciężaru” oryginalnej „Gry o tron”
Jest jeszcze drugi czynnik: „Gra o tron” była trudna do zastąpienia, bo idealnie trafiła w moment. Fantasy wyszło z niszy, ale nie było jeszcze przeżute na wszystkie strony.
Widzowie chcieli politycznej gry, ale w kostiumie smoków i mieczy. I dostali serial, który miał bezczelność uśmiercać bohaterów tak, jakby to była „Rodzina Soprano” w zbroi. Dziś każdy nowy tytuł w tym świecie będzie porównywany do legendy – i to porównanie jest z definicji niesprawiedliwe.
A teraz paradoks: właśnie dlatego, że „Gra o tron” była tak wielka, Westeros stało się więźniem własnej skali. Z zewnątrz wygląda to tak, jakbyśmy wciąż oczekiwali od każdej kolejnej historii „nowej Gry o tron” – a to przecież absurd, jak oczekiwać od każdego filmu o Batmanie, że będzie „Mrocznym Rycerzem”. Tymczasem siła tego świata jest inna: on ma niesamowitą pojemność gatunkową.
„Rycerz Siedmiu Królestw” to naprawdę ciekawy projekt, ale raczej nie będzie rozwijany przez kolejne 5-6 sezonów
Westeros (i okolice) można opowiadać jak polityczny thriller, jak serial drogi, jak dramat rodzinny, jak opowieść wojenną, jak historię o kolonializmie i migracji, jak heist w stylu „Ocean’s Eleven” (spróbuj nie uśmiechnąć się na myśl o ekipie złodziei z Braavos planującej skok w Królewskiej Przystani).
„Rycerz Siedmiu Królestw” idzie właśnie w tę stronę: pokazuje, że nie trzeba dokręcać gałki z epickością do oporu. Wystarczy dobra postać, konflikt, atmosfera i świat, który żyje w detalach.
HBO już to przerabiało. I ma na biurku cały stos „mogłoby być”
Jeśli ktoś ma wrażenie, że „tak rzadko zaglądamy”, bo nic więcej nie powstaje, to odpowiedź brzmi: pomysły były i są, tylko wiele z nich utknęło w developmentowym czyśćcu.
Najgłośniejszy przykład to „Snow”, czyli potencjalna kontynuacja wątku Jona Snowa. Kit Harington wprost mówił, że projekt jest „off the table”, bo nie udało się znaleźć historii, która ekscytowałaby wszystkich. A jednocześnie media co jakiś czas donoszą, że HBO wraca do tego konceptu i szuka nowego podejścia.
Są też prequele, które aż się proszą o ekran. „Ten Thousand Ships” (Nymeria i wielka wędrówka Rhoynarów do Dorne) od lat przewija się w branżowych tekstach; George R.R. Martin pisał, że trwają prace nad nowym pilotem i żartował o kosztach „dziesięciu tysięcy statków” i „trzystu smoków”.
Z kolei „Nine Voyages” (wcześniej „Sea Snake”), czyli wyprawy Corlysa Velaryona, ma być rozwijane jako animacja – właśnie dlatego, że morza, porty i ciągła zmiana lokacji byłyby w aktorskiej wersji finansowym samobójstwem.
„Rycerz Siedmiu Królestw” wiele rzeczy robi naprawdę dobrze – jestem ciekawy, jak będzie rozwijał się ten serial
Do tego dochodzą projekty animowane z dalszych rejonów świata. Martin potwierdzał istnienie planów na serię osadzoną w Yi Ti pod roboczym tytułem „The Golden Empire” – czyli w miejscu, którego widzowie seriali praktycznie nie znają, choć w lore jest jak osobny kontynent wyobraźni.
A z drugiej strony są pomysły, które oficjalnie umarły: choćby „Bloodmoon” (z Naomi Watts), który HBO skasowało na etapie po pilocie.
Brzmi jak bałagan? Trochę tak. Ale to też normalne w telewizji. Różnica polega na tym, że w Marvelu albo „Gwiezdnych wojnach” ten bałagan przykrywa się kolejną premierą. W Westeros widać każdą lukę, bo to uniwersum, które działa jak wielka saga: każda nowa cegła zmienia kształt całości.
Dlaczego więc to idzie tak wolno?
Bo HBO – i tu ich rozumiem – boi się dwóch rzeczy naraz. Pierwsza to ryzyko jakości. „Gra o tron” stała się synonimem epickiej telewizji, więc bylejakość w tym świecie byłaby głośniejsza niż gdziekolwiek indziej. Druga to ryzyko przesytu, który zjadł już niejedną markę.
Popkultura ostatniej dekady jest pełna franczyz, które myliły „więcej” z „lepiej”, aż w końcu widownia zaczęła odpuszczać.
Tylko że Westeros ma przewagę, której wiele franczyz nie ma: ono nie musi kręcić się wokół tych samych bohaterów. Nie musi robić origin story każdemu drugoplanowemu typowi z sezonu 3 „Gry o tron”. Może iść w bok. W głąb. W poprzek. Może opowiadać historie, które nie są przypisem do „Gry o tron”, tylko pełnoprawnymi opowieściami w tym samym świecie.
I tu wracamy do „Rycerza Siedmiu Królestw”. Ten serial jest jak dowód w sprawie. W pierwszym odcinku pokazuje, że najcenniejszym zasobem Westeros nie są smoki, tylko perspektywa. Że można robić rzecz mniejszą, bardziej ludzką, miejscami nawet cieplejszą – i nadal czuć, że to ten świat.
Co ja bym zobaczył jutro, gdyby HBO odważyło się szerzej otworzyć drzwi
Gdyby Westeros potraktować jak wielką bibliotekę gatunków, a nie jak muzeum po „Grze o tron”, lista marzeń robi się nieprzyzwoicie długa. „Robert’s Rebellion” jako serial wojenny i polityczny, w którym legenda jest kłamstwem powtarzanym tak długo, aż staje się historią.
Czarna Intryga i rebelianci Blackfyre jako opowieść o tym, jak dynastie kruszą się nie od smoków, tylko od ambicji i urażonej dumy. Braavos i Żelazny Bank jako thriller finansowy w świecie mieczy – trochę taka „Sukcesja”, tylko że zamiast PR-owców masz noże w ciemnej uliczce.
Nocna Straż jako serial o instytucji, która powoli gnije od środka, zanim przyjdzie jakiekolwiek „prawdziwe” zagrożenie. A Essos? Essos to w ogóle osobna galaktyka, w której można by zrobić zarówno przygodę w stylu „Indiany Jonesa”, jak i mroczne fantasy-noir.
Westeros aż kipi dobrymi pomysłami na seriale albo chociaż miniseriale. 8-10 odcinków i zamykamy historię
To wszystko nie musi oznaczać fabryki kontentu. Wręcz przeciwnie: może oznaczać powrót do jakości, tylko w różnych tonacjach. Jak w muzyce: jeden artysta, wiele albumów, każdy inny, ale rozpoznawalny.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że my już dostaliśmy odpowiedź na pytanie z tytułu. „Dlaczego tak rzadko do niego zaglądamy?” Bo przez lata kazano nam wierzyć, że powrót ma sens tylko wtedy, gdy znów będzie „największy”. A tymczasem najlepszy powód, by wracać, jest dużo prostszy: bo to świat, w którym nawet mała historia potrafi mieć ciężar legendy.
„Rycerz Siedmiu Królestw” wygląda jak kolejny krok w dobrą stronę: nie naśladuje „Gry o tron”, tylko przypomina, dlaczego to uniwersum działa. I jeśli HBO wyciągnie z tego właściwą lekcję, to może się okazać, że Westeros naprawdę jest bez dna. Tylko trzeba wreszcie przestać stać na brzegu i udawać, że nie ma gdzie pływać.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że 2026 rok będzie wielkim testem nerwów, marek i widzów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.











Dodaj komentarz