Rok 2026 w kinie zapowiada się jak egzamin poprawkowy dla całej branży. Po latach inflacji blockbusterów, zmęczenia franczyzami i rozpasania streamingowego wszyscy będą liczyć: pieniądze, widzów, sens istnienia sal kinowych.
Spis treści
Nie zabraknie wielkich premier i głośnych tytułów. Przeciwnie – kalendarz pęka w szwach. Ale pod tą obfitością kryje się nerwowość. Każdy z tych filmów niesie większą stawkę niż tylko box office. To walka o przyszły model kina. Jak w walce z ostatecznym bossem gry – każde potknięcie może oznaczać „game over”.
Marvel na rozdrożu: „Avengers: Doomsday” jako referendum
Nie ma w 2026 roku filmu z większym ciężarem gatunkowym niż „Avengers: Doomsday”. To nie będzie po prostu kolejny rozdział w MCU. To próba reanimacji mitu, który przez dekadę napędzał całe Hollywood.
Marvel wraca do wielkich nazwisk, do reżyserów znających ten świat i do strategii „wszystko albo nic”. Powrotów uwielbianych nazwisk (Robert Downey Jr., Chris Evans) nie traktuję jako „wow”, a raczej jako akt desperacji ze strony studia.
Problem polega na tym, że widzowie są dziś w innym miejscu. Superbohaterowie przestali być wydarzeniem, a stali się rutyną. „Doomsday” musi więc zrobić coś więcej niż tylko połączyć postacie. Musi przywrócić emocjonalną stawkę.
Jeśli się uda – MCU dostanie jeszcze kilka lat życia. Jeśli nie – będzie to symboliczny koniec ery, która zdominowała kino lat 2010-2020. To naprawdę gra o najwyższą stawkę i miliony, jeżeli nie miliardy dolarów.
To ważne także dla całej branży. Jeśli Avengersi nie są w stanie ponownie rozpalić wyobraźni masowej widowni, nikt już nie uwierzy, że zrobi to kolejny film „z uniwersum”. To będzie oznaczało, że komiksowym superbohaterom przyda się odpoczynek i potężny reset.
Trudno przewidzieć, jaki będzie wynik tej bitwy. Z jednej strony skoki na nostalgię rzadko kiedy się udają, a z drugiej tęsknota widzów za lubianymi twarzami może być tak duża, że „łykną” wszystko. Ale czy Doktor Doom faktycznie rozpali ogień MCU tak, jak kiedyś zrobił to Thanos?
Może się wydawać, że „Avengers: Doomsday” to tylko jeden film, ale od tego, czy będzie udany, zależą losy kolejnych 10 produkcji. Trzymam kciuki, bo dla mnie MCU zawsze było czystą rozrywką, ale nawet mimo całkiem udanego 2025 roku („Thunderbolts”, „Fantastyczna 4”), obawiam się, że efektu „Endgame” powtórzyć się nie da.
„Supergirl” jako test wiarygodności nowego DCU
W cieniu marvelowskich nerwów i wielkich nazwisk zadziała jeszcze jeden, bardzo ciekawy barometr nastrojów: „Supergirl”. Ten film będzie pierwszym prawdziwym sprawdzianem, czy nowy DCU pod rządami Jamesa Gunna ma sens jako system, a nie tylko jako jednorazowy sukces.
Po bardzo dobrze przyjętym „Supermanie” z tego roku poprzeczka jest zawieszona wysoko – i właśnie dlatego „Supergirl” ma znaczenie większe, niż wielu się wydaje.
To nie jest postać z automatyczną rozpoznawalnością Batmana ani ciężarem kulturowym Supermana. „Supergirl” nie wygra widza samym logo. Będzie musiała obronić się tonem, światem i emocją. A to dokładnie ten obszar, w którym Gunn obiecywał zmianę: spójność zamiast chaosu, charakter zamiast mroku dla samego mroku, wyrazisty styl zamiast przypadkowego patchworku. Ma ku temu spore szanse, bo Milly Alcock wydaje się aktorką idealnie skrojoną pod tę rolę.
Jeśli „Supergirl” zadziała, DC dostanie coś, czego brakowało mu od lat: dowód, że nowe uniwersum potrafi budować zainteresowanie także wokół postaci drugiego szeregu, a nie tylko wokół ikon. To byłby sygnał, że DCU ma przed sobą przyszłość opartą na narracji, a nie wyłącznie na gaszeniu pożarów po kolejnych rebootach.
Jeśli się nie uda – wróci stare pytanie, czy problemem DC były decyzje personalne, czy po prostu brak cierpliwości do długofalowego planu.
Ostatni taniec Thomasa Shelby’ego: kino domyka serialowe legendy
„Peaky Blinders: Nieśmiertelny” wpisuje się w coraz wyraźniejszy trend: kino jako miejsce ostatecznego pożegnania z bohaterami, których pokochaliśmy w serialach. To nie jest zwykła adaptacja. To finał mitu. Próba nadania historii Thomasa Shelby’ego rangi tragedii filmowej, a nie tylko serialowego epilogu.
Ten ruch mówi dużo o kondycji popkultury. Serialowe opowieści stały się dziś równie ważne, jak kinowe sagi. Przeniesienie finału na duży ekran ma nadać im „ostateczność”, której streaming sam z siebie nie potrafi zapewnić.
W 2026 roku zobaczymy, czy widzowie chcą takich pożegnań w kinach – i czy są gotowi zapłacić za emocjonalny finał historii, którą znają od lat.
Osobiście bardzo cieszę się z filmowego pożegnania z „Peaky Blinders”, bo dla mnie to jeden z najlepszych seriali w historii. Z ogromną przyjemnością wybiorę się do kina, by zobaczyć na dużym ekranie Thomasa Shelby’ego, nawet pomimo tego, że chwilę później pojawi się na Netfliksie. Wierzę, że tutaj wszystko będzie dopięte na ostatni guzik, a „Peaky Blinders” zyska naprawdę – nomen omen – nieśmiertelny finał.
„Diuna” i „Odyseja” jako coś więcej niż filmy
Zamknięcie trylogii „Diuny” Denisa Villeneuve’a to jeden z najważniejszych momentów filmowych dekady. Ten projekt udowodnił, że blockbuster nie musi krzyczeć, żartować co 30 sekund ani bać się ciszy. W świecie coraz krótszej uwagi „Diuna” postawiła na monumentalność, rytm i powagę.
Finał trylogii będzie testem: czy publiczność naprawdę chce takiego kina, czy tylko tolerowała je jako wyjątek. Jeśli film odniesie sukces, otworzy drzwi kolejnym ambitnym projektom science fiction. Jeśli nie – studia uznają, że był to piękny, ale nieopłacalny eksperyment.
Z kolei „Odyseja” Christophera Nolana to kolejny dowód na to, że nazwisko reżysera znów może być marką. Nolan nie buduje uniwersów. Buduje zaufanie. Jego filmy są sprzedawane jako wydarzenia, które trzeba zobaczyć w kinie – najlepiej w IMAX-ie, najlepiej od razu, najlepiej nie raz.
To ważny sygnał dla branży. Po latach wraca głód kina autorskiego, ale w wersji wysokobudżetowej. Widzowie nie odrzucają ambicji. Odrzucają bylejakość. Jeśli „Odyseja” okaże się sukcesem, 2026 może być początkiem nowej fali „autorskich blockbusterów”.
A trudno sobie wyobrazić schemat, w którym sukcesem się nie okazuje. Czy pamiętacie jakiś film Nolana, który nie był strzałem w dziesiątkę? Złośliwi powiedzą, że „Tenet”, ale pamiętajmy, że wyszedł on w trudnym, postpandemicznym czasie, a ponadto był filmem wyjątkowo trudnym w odbiorze.
Złośliwi powiedzą, że „przekombinowanym”, ale dla mnie „Tenet” to jeden z najbardziej niedocenianych filmów SF w historii. Synergia formy i treści w najczystszej postaci. Taki los mógł spotkać „Diunę” Villenueve’a, gdyby powstała w „nieodpowiednim” czasie.
Gry wideo na pierwszej linii frontu: „Mortal Kombat 2” vs. „Street Fighter”
Adaptacje gier wideo wchodzą w 2026 roku w nową fazę. Nie jako ciekawostka, ale jako pełnoprawna linia frontu. Najlepszym symbolem tego trendu jest pojedynek „Mortal Kombat 2” i nowego „Street Fightera”. Na oba te tytuły czekam z wypiekami na twarzy. Brakuje tylko „Tekkena”…
„Mortal Kombat 2” kontynuuje drogę brutalnej, samoświadomej rozrywki, która wie, czym jest jej DNA. Stawia na widowisko, przemoc i fanserwis bez kompleksów.
„Street Fighter” z kolei próbuje pójść w stronę bardziej klasycznego kina akcji, z ambicją dotarcia do szerszej publiczności niż tylko gracze. To bardziej będzie efektowny balet z licznymi mrugnięciami do widza niż festiwal latających wnętrzności. Dla każdego, coś dobrego.
Ten pojedynek będzie czymś więcej niż starciem marek. To test dwóch filozofii adaptacji gier: wierności materiałowi kontra próbie „ucywilizowania” go pod masowego widza. Wynik tej konfrontacji może zadecydować, jak Hollywood będzie traktować gry wideo przez kolejne lata. A może – co bardzo prawdopodobne – okaże się, że jest miejsce na obie filozofie?
Rok, w którym kino spojrzy w lustro
Rok 2026 nie będzie rokiem rewolucji. Będzie rokiem selekcji. Zostaną te marki, które potrafią jeszcze wywołać emocję. Upadną te, które myliły przyzwyczajenie z lojalnością.
Marvel zaryzykuje wszystko jednym filmem. Villeneuve i Nolan sprawdzą granice ambicji. Gry wideo powalczą o nową dominację. A streaming pokaże, że kino wciąż jest mu potrzebne – choć już nie na dawnych zasadach.
To będzie rok nerwowy, głośny i bardzo szczery. Ale właśnie takich 12 miesięcy potrzebujemy, bo mogą one dać kopa całej branży na kolejne lata.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym szukam odpowiedzi na pytanie, czy naprawdę chcemy tylko rebootów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Jeśli natomiast chcesz wiedzieć, czego zdecydowanie nie polecam, zerknij na:
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.













Dodaj komentarz