Z dzieciństwa pamiętam nie fabułę, tylko to uczucie, gdy He-Man mówił: „na potęgę Posępnego Czerepu”. Filmowi „Władcy Wszechświata” mają szansę mi je oddać.
Spis treści
Są marki, które w dorosłości wracają jak ukłucie: niby nic, a jednak nagle wiesz, że to jest ten sam nerw, który reagował trzy dekady temu na dźwięk telewizyjnej czołówki, na plastikowy miecz w dłoni, na zamek, który w wyobraźni był większy niż całe osiedle. „Władcy Wszechświata” należą do tej kategorii.
To nie tylko tytuł z dzieciństwa. To wzorzec czystej, bezwstydnej przygody: dobra i zła bez odcieni szarości, ale za to z energią mitu. I właśnie dlatego ta nowa ekranizacja jest dla mnie czymś więcej niż kolejnym rebootem. Ona jest testem, czy kino jeszcze potrafi opowiadać historie na serio, bez ironicznego „mrugnięcia” do widza.
Tym bardziej że to film, na który czekaliśmy absurdalnie długo. A teraz wreszcie ma konkretną datę premiery (5 czerwca 2026 w USA i Polsce), konkretny dom produkcyjny (Amazon MGM), i – co kluczowe – twórców oraz obsadę, którzy wyglądają jak decyzja, a nie przypadek. No i wisienka na torcie – zwiastun, który obiecuje przygodę, jakiej w kinie nie było dawno.
Spełnienie marzeń z dzieciństwa
W dzieciństwie He-Man działał jak czysta formuła sprawczości: jest zwykły chłopak, jest tajemnica, jest transformacja, jest miecz, który nie jest gadżetem, tylko obietnicą. To nie była opowieść o „supermocy”, tylko o tym, że możesz stać się kimś, kto uniesie ciężar świata – nawet jeśli na co dzień jesteś nikim szczególnym.
Dorosły ja widzi w tym prostą metaforę: nie chodzi o mięśnie, tylko o odpowiedzialność. O to, że moc ma cenę, a nie jest nagrodą.
Nowy film – sądząc po ujawnionym zwiastunie – próbuje to przełożyć na język współczesny bez amputowania mitu. Adam jako dziecko zostaje wyrwany z Eternii i trafia na Ziemię, a dopiero po latach wraca do swojego dziedzictwa. To brzmi jak „origin story” pisany pod emocje: utrata, wyobcowanie, powrót do czegoś, co było twoje, zanim zdążyłeś to zrozumieć.
I to jest paradoks: im bardziej ta historia jest mityczna i „z epoki VHS”, tym mocniej może dziś wybrzmieć, bo współczesna popkultura często wstydzi się patosu. A „Władcy Wszechświata” bez patosu są jak koncert metalowy grany szeptem.
Eternia jako największa pokusa i największe ryzyko
Jeśli ten film ma się udać, musi wygrać światem. Eternia to nie jest tło. Eternia to obietnica. To kosmiczna fantasy, w której magia i technologia nie tyle się mieszają, co przenikają jak dwa sny o tym samym: jeden jest o mieczu i proroctwie, drugi o laserze i gwiezdnych flotach.
Takiego świata nie da się zbudować „tanio” ani „cicho”. Tu trzeba decyzji estetycznej: albo idziesz w barok i odwagę, albo wstydzisz się materiału i robisz z tego nijaki miks efektów specjalnych i pomocy AI.
I tu pojawia się powód, dla którego mam nadzieję: Travis Knight. To reżyser, który rozumie rzemiosło przygody i potrafi opowiadać obrazem; ma też doświadczenie w kinie rozrywkowym z sercem – warto choćby wspomnieć przepiękny „Kubo i dwie struny” oraz całkiem udany „Bumblebee”.
Odpowiedzialny za scenariusz Chris Butler to dla mnie wciąż zagadka, bo choć stworzył już m.in. „ParaNormana” czy „Praziomka”, to nie miał jeszcze do czynienia z opowiadaniem „bajek dla dorosłych”.
W tej historii jest jeszcze jeden haczyk: Ziemia. Jeżeli spora część filmu będzie rozgrywać się na Ziemi, grozi nam klasyczny „bezpieczny skrót” znany z wielu blockbusterów: przenieść fantazję do współczesności, bo jest taniej i „bliżej widza”.
Tyle że w przypadku „Władców Wszechświata” to się nie uda. Ziemia może być emocjonalną kotwicą Adama, ale jeśli stanie się dominującą scenerią, Eternia zacznie wyglądać jak dodatek. A to byłoby dokładnie przeciwieństwo dziecięcego marzenia.
Obsada jest tu mocna w dużej mierze „współczesna”, niemuzealna. Nicholas Galitzine jako Adam/He-Man, Camila Mendes jako Teela, Alison Brie jako Evil-Lyn, Idris Elba jako Man-At-Arms, Jared Leto jako Szkieletor – to zestaw, który wygląda jak świadoma próba zbudowania chemii i dynamiki.
Do tego dochodzą kolejne nazwiska przewijające się w doniesieniach medialnych (m.in. Morena Baccarin jako Czarodziejka, James Purefoy jako król Randor), co sugeruje, że twórcy chcą obsadzić Eternię aktorami, którzy potrafią unieść patos bez autoironii. Największą ruletką pozostaje Szkieletor. Jared Leto potrafi być irytujący, a od czasów „Blade Runnera 2049” nie pamiętam go w dobrej roli. Ale może, jak nie będzie musiał grać twarzą, a jedynie głosem, da radę.
Dlaczego czekaliśmy tak długo?
Najprostsza odpowiedź brzmi: bo to jest drogie i ryzykowne. Netflix miał ten film, ale zrezygnował – według „Variety” m.in. z powodu przeszkód budżetowych. To już mówi wszystko: „Władcy Wszechświata” nie są marką, którą da się zrobić w pół kroku. Albo idziesz na całość, albo pośrodku giniesz, bo świat wygląda jak cosplay za duże pieniądze.
Druga odpowiedź brzmi: bo branża przez lata była w złym momencie na takie fantasy. Dominowało kino, które buduje zaufanie widza przez „uziemianie”: superbohater w bluzie, kosmita z traumą, magia tylko jeśli da się ją wytłumaczyć pseudonauką. „Władcy Wszechświata” są odwrotnością: to mit w kolorach, który wymaga, żeby widz uwierzył w zamek z czaszki bez mrugania okiem. Nie bójmy się tego stwierdzenia – to bajka dla dorosłych.
I dopiero teraz projekt znalazł nowy dom oraz realny termin premiery: Amazon MGM przejął prawa (w 2024 r.), zdjęcia odbyły się w Londynie w 2025 r., dystrybucja kinowa ma być międzynarodowo wspierana przez Sony. To brzmi jak układ, w którym ktoś wreszcie postawił pieniądze na stół i powiedział: robimy to serio.
Czy budowanie nowego uniwersum ma sens?
I teraz kluczowe pytanie: czy „Władcy Wszechświata” powinni myśleć o sobie jak o początku uniwersum, w stylu MCU lub nowego DCU, czy raczej jak o pojedynczym, mocnym filmie?
MCU odniosło sukces nie dlatego, że „mieli plan na 30 filmów”. Owszem, mieli plan. Ale najpierw mieli ton i obietnicę: że każdy film jest samodzielnie strawny, a po drodze budujesz więź z bohaterami i ich światem. Dopiero potem przyszło „wydarzenie”.
DC przez lata miało odwrotny problem: często próbowało przeskoczyć etap budowania fundamentu i od razu wejść w „eventowość”, w wielką mitologię bez codzienności postaci. Teraz DCU – pod wodzą Jamesa Gunna i Petera Safrana – próbuje to robić od nowa, porządkując ciągłość i budując origin story w nieco innej formule (ostatni „Superman”, nowa „Supergirl”).
Co z tego wynika dla „Władców Wszechświata”? Budowanie uniwersum ma sens, ale tylko pod jednym warunkiem: pierwszy film musi być opowieścią zamkniętą emocjonalnie – nie „pilotem serialu kinowego”.
Jeśli widz dostanie pół historii i napis „ciąg dalszy w kolejnej części”, to przy tej marce – która i tak ma łatkę „ryzykownej” – może się to skończyć tak, jak dla „WarCrafta” (genialnego i zapomnianego).
Z drugiej strony: „Władcy Wszechświata” aż proszą się o świat wielowątkowy. Eternia ma potencjał na własną mitologię, frakcje, krainy, bohaterów pobocznych. To jest materiał na uniwersum bardziej fantasy-sci-fi niż stricte superbohaterskie.
Różnica jest jednak zasadnicza: MCU i DCU bazują na strukturze, w której zawsze możesz dobudować kolejnego bohatera i kolejny film o nim. „Władcy Wszechświata” nie mają tego komfortu. Ich sercem jest Adam/He-Man, Posępny Czerep i Szkieletor. To jest mit o osi świata.
Możesz rozbudowywać peryferia, ale jeśli rozmyjesz oś, dostaniesz produkt „o wszystkim i o niczym”. Dlatego sensowna strategia byłaby bardziej „Władca Pierścieni” niż MCU: najpierw jedna wielka, spójna opowieść, a dopiero potem ewentualne odnogi.
I jeszcze jedna rzecz: uniwersa dziś są… męczące. Widzowie nie mają już tej cierpliwości, by odrabiać pracę domową z 15 tytułów, żeby zrozumieć jeden. To widać i po odbiorze wielu współczesnych franczyz.
Dlatego jeśli „Władcy Wszechświata” spróbują naśladować MCU w sensie „zostawmy 10 furtek na spin-offy”, mogą strzelić sobie w stopę. Ale jeśli zbudują świat tak, by opowieść sama prosiła się o ciąg dalszy, a nie żeby marketing prosił o ciąg dalszy – wtedy mamy szansę na nowe uniwersum, które jest potrzebne, bo jest inne: bardziej baśniowe, bardziej mityczne, mniej generyczne.
Czego najbardziej chcę – i czego się najbardziej boję
Chcę filmu, który nie boi się własnej ikoniczności. Który nie ucieka w żart, kiedy robi się zbyt „fantasy”. Który rozumie, że patos nie jest obciachem, jeśli jest uczciwy. I który potrafi zrobić z Eternii miejsce, za którym naprawdę zatęsknię, kiedy wyjdę z kina.
Boję się natomiast dwóch rzeczy. Pierwszej: że to będzie origin story rozciągnięte na dwie godziny tylko po to, by w ostatnich 5 minutach zobaczyć He-Mana „w pełnej formie”. Drugiej: że chęć zbudowania uniwersum wymusi sceny i wątki, które nie służą filmowi, tylko służą planom na przyszłość.
Paradoks polega na tym, że spełnienie marzeń z dzieciństwa nie wymaga dziś większej liczby filmów. Ono wymaga jednego: żeby ten pierwszy raz ktoś powiedział z pełną powagą „na potęgę Posępnego Czerepu” – i żebyśmy mu uwierzyli, choć mamy już swoje lata.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że 2026 rok będzie wielkim testem nerwów, marek i widzów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.














Dodaj komentarz