Są powroty do wielkich światów, które pachną przygodą. I są takie, które śmierdzą pieniędzmi. Nowy film z uniwersum „Władcy Pierścieni” należy do tej drugiej kategorii, a wszyscy prawdziwi fani Śródziemia mają prawo złapać się za głowę i krzyknąć: „Dlaczego?”
Spis treści
„The Lord of the Rings: The Hunt for Gollum”, czyli zapewne „Władca Pierścieni: Polowanie na Golluma”, został oficjalnie zapowiedziany i ma już nawet datę premiery – 17 grudnia 2027 r.
Film, który trafi do kin blisko 25 lat po zakończeniu „Powrotu króla”, czyli finału legendarnej trylogii, od początku sprawia wrażenie nie projektu artystycznego, lecz komercyjnego. I choć nikt nikomu nie zabrania w Hollywood zarabiać pieniędzy, ten ruch wydaje się wyjątkowo źle przemyślany. Dlaczego?
O czym ma być nowy „Władca Pierścieni”?
„Polowanie na Golluma” ma opowiadać o jednym z tych epizodów ze świata Tolkiena, które do tej pory istniały raczej na marginesie głównej historii. Chodzi bowiem o czas między przygodą Bilba a wyruszeniem Drużyny Pierścienia, kiedy staje się jasne, że Gollum może być kimś znacznie ważniejszym, niż wydawało się wcześniej.
Wie on przecież, czym jest Pierścień, skąd się wziął i do kogo należał. Jeśli taka wiedza trafiłaby do Saurona, stawka całej opowieści nagle rośnie do absolutnego maksimum. Właśnie dlatego Aragorn rusza jego tropem. To nie ma być zwykła wyprawa w stylu fantasy, ale pościg za kimś, kto jest jednocześnie ofiarą, świadkiem i tykającą bombą dla losów całego Śródziemia.
W tej układance Aragorn ma być główną siłą napędową wydarzeń, człowiekiem od brudnej roboty, który przemierza dzikie zakątki Śródziemia, by dopaść Golluma, zanim zrobi to ciemność.
Gandalf pozostaje raczej figurą z dalszego planu, kimś, kto rozumie szerszy kontekst i nadaje tej misji sens, ale nie stoi na pierwszej linii. Sam pomysł brzmi jeszcze sensownie, dopóki patrzymy na niego jak na poboczny, mroczny epizod rozpisany na kilkanaście stron dodatków do większej opowieści. Problem zaczyna się wtedy, gdy z takiego fabularnego przypisu próbuje się zrobić pełnowymiarowe widowisko, jakby chodziło o jeden z filarów całej mitologii.
U Tolkiena takie historie miały siłę właśnie dlatego, że nie były opowiedziane do końca. Istniały gdzieś z boku, pobudzały wyobraźnię, poszerzały horyzont świata, ale nie domagały się natychmiastowego doświetlenia i rozpisania scena po scenie.
Śródziemie było wielkie także dzięki temu, że nie wszystko w nim zostało pokazane wprost. Tymczasem tutaj mamy sytuację odwrotną: jest przestrzeń, więc należy ją wypełnić. Jest wzmianka, więc należy ją dopowiedzieć. Można zarobić trochę kasy, to zaróbmy.
U Tolkiena niedopowiedzenie było zaletą
W książkowym „Władcy Pierścieni” polowanie na Golluma istnieje przede wszystkim jako ważne tło wydarzeń, nie jako rozbudowana opowieść przygodowa. Tolkien zostawia nam informację, że Gandalf oraz Aragorn szukali Golluma, a ten drugi w końcu schwytał go na obrzeżach Martwych Bagien i zawiózł do Mrocznej Puszczy.
Tolkien Gateway umieszcza ten epizod w chronologii Trzeciej Ery: poszukiwania zostały wznowione wcześniej, a sam pojmanie Golluma przypada na 1 lutego 3017 r., po czym Aragorn odprowadza go do królestwa Thranduila. To bardziej zapis w kronice niż materiał w stylu „a tę historię opowiem wam kiedy indziej”.
I właśnie tutaj warto postawić pytanie: czy samo istnienie literackiego szkicu wystarcza, żeby budować na nim cały film? Moim zdaniem nie.
Z punktu widzenia książek „Polowanie na Golluma” ma sens tylko jako marginalne dopowiedzenie, poboczna miniatura, może 45-minutowy odcinek serialu osadzonego w tym uniwersum. Nie jako wielki kinowy powrót do Śródziemia. Trudno wyobrazić sobie tu miejsce na epickie bitwy i spektakularne efekty specjalne.
Tolkien tworzył mitologie eliptyczne, rozległe i pełne białych plam, w których całe wojny bywają streszczone w kilku zdaniach, a kluczowe wydarzenia dzieją się poza kadrem. To nie była wada jego pisania, tylko jedna z największych zalet.
Dzięki temu Śródziemie wydawało się starsze, większe i bogatsze niż pojedyncza fabuła. Współczesna logika franczyz działa odwrotnie: jeśli istnieje luka, trzeba ją wypełnić; jeśli jest poboczny epizod, trzeba go rozciągnąć; jeśli bohater kiedyś o czymś wspomniał, to znaczy, że właśnie znaleziono materiał na 2 godziny filmu.
Z artystycznego punktu widzenia to jest właśnie największy grzech takich projektów. Nie chodzi nawet o to, że film może dodać rzeczy, których Tolkien nie napisał, bo każda adaptacja coś dodaje. Chodzi o zmianę filozofii opowiadania.
U Tolkiena nie wszystko miało być przedstawione frontem do kamery. Nie wszystko miało zostać „domknięte”. Nie wszystko miało dostać własny origin story. Gdy zaczyna się traktować każdą szczelinę w lore jako niewykorzystane IP, mit przestaje być mitem. A Śródziemie bez mitologii jest po prostu mniejsze.
Ten film może być co najwyżej poprawnym fanfikiem
To brzmi złośliwie, ale trudno znaleźć lepsze określenie. Przy tak skromnej ilości oryginalnej prozy twórcy „mogą pójść, dokąd tylko chcą”, a to znaczy, że większość fabuły będzie musiała zostać wymyślona od nowa. Im więcej trzeba dopisać, tym bardziej oddalamy się od Tolkiena i zbliżamy się do dzieła „inspirowanego Tolkienem”.
Sam „Guardian” ironizował nawet, że przy takim podejściu można by dopisać Gollumowi dzieciństwo, rodziców czy pierwsze dni w hobbitowej szkole. Żart działa właśnie dlatego, że pokazuje realny problem: gdy materiał źródłowy jest tak skąpy, granica między adaptacją a franczyzowym fanfikiem robi się bardzo cienka.
To nie znaczy, że film na pewno będzie wewnętrznie niespójny czy sprzeczny z kanonem. Może wręcz przeciwnie: twórcy na pewno będą się mocno pilnować, by nic jawnie nie zgrzytało z kanonem. Tylko że zgodność kalendarza to za mało, by mówić o prawdziwej wierności duchowi książek.
Można dopiąć daty, miejsca i nazwiska, a jednocześnie całkowicie minąć się z tym, jak Tolkien budował napięcie, tajemnicę i ciężar świata przedstawionego. Wierność literze nie musi oznaczać wierności sensowi.
Czy da się obronić ten pomysł?
Da się, ale tylko częściowo. Gdybym chciał uczciwie znaleźć argument „za”, powiedziałbym tak: w książkach istnieje realny, kanoniczny epizod, który może stanowić szkielet filmu. Aragorn tropiący Golluma to nie jest kompletnie wydumany pomysł, tylko coś zakorzenionego w fabule „Drużyny Pierścienia” i w tolkienowskiej chronologii.
Z tego da się zbudować bardziej kameralny, mroczniejszy film drogi, może nawet thriller osadzony na obrzeżach głównej historii. Taki projekt miałby jakiś sens, gdyby naprawdę znał własną skalę i nie udawał kolejnego monumentalnego rozdziału sagi.
Ale wszystko, co wiemy dziś o współczesnym przemyśle franczyzowym, każe zakładać coś odwrotnego. Ten film nie będzie sprzedawany jako drobny dopisek. Będzie sprzedawany jako wielki powrót do Śródziemia. A kiedy mała historia zaczyna udawać wielką, zwykle kończy jako produkt nadmuchany ponad własną miarę.
Możliwe, że „Polowanie na Golluma” nie będzie złym filmem. Możliwe, że nie będzie katastrofą na miarę największych franczyzowych wpadek ostatnich lat. Możliwe nawet, że będzie miał kilka dobrych scen i jedną czy dwie emocjonalnie skuteczne sekwencje. Tylko co z tego? To wciąż będzie dzieło bez wewnętrznej konieczności. Dodatek. Produkt doklejony do zamkniętej całości, która nie prosiła się o ciąg dalszy w tej formie. Zwłaszcza po 25 latach!
Bo naprawdę nie chodzi o to, czy nowego „Władcę Pierścieni” będzie się dało obejrzeć. Chodzi o to, czy po jego obejrzeniu ktokolwiek uczciwie powie: tak, tej historii brakowało. Nic na to nie wskazuje.
Wszystko wskazuje za to na ruch obliczony na rozpoznawalność tytułu, sentyment widzów i bezpieczne odgrzewanie legendy, której największą siłą była kiedyś wielkość, a nie seryjność.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że „Gorączka 2” może być opus magnum kina sensacyjnego.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.












Dodaj komentarz