Val Kilmer w "As Deep as the Grave"
Jeszcze niedawno mówiło się, że sztuczna inteligencja w Hollywood będzie głównie niewidzialnym narzędziem: trochę odmłodzi twarz, trochę poprawi głos, trochę zasypie produkcyjne braki. Tymczasem sprawa Vala Kilmera pokazuje, że weszliśmy już w etap dużo bardziej niepokojący. To nie jest już efekt specjalny, a nowy rodzaj obecności.
Spis treści
Punktem wyjścia jest zapowiedziany film „As Deep as the Grave”, w którym Val Kilmer ma pojawić się pośmiertnie dzięki generatywnej AI. Aktor był pierwotnie obsadzony w roli ojca Fintana, ale z powodu powikłań po nowotworze gardła nie był w stanie pracować na planie.
Twórcy, działając we współpracy ze spadkobiercami i córką aktora, Mercedes Kilmer, zdecydowali się wykorzystać technologię, by mimo wszystko „umieścić” go w filmie. To pierwszy tego typu występ umożliwiony przez generatywną AI.
Hollywood znało już przecież cyfrowe sztuczki: odmładzanie, postarzanie, poprawki głosu, rekonstrukcje twarzy. Sam Kilmer korzystał wcześniej z AI do odtworzenia głosu po tracheotomii; technologia oparta na archiwalnych nagraniach została użyta przy jego powrocie jako Icemana w „Top Gun: Maverick”.
Teraz jednak nie mówimy już o wsparciu żyjącego aktora w dokończeniu własnej roli, tylko o czymś bliższym cyfrowemu substytutowi obecności po śmierci.
Kino od zawsze było sztuką iluzji, ale tu iluzja wchodzi na poziom ontologiczny. Nie pyta już: „czy uwierzymy, że smok istnieje?”, tylko: „czy uwierzymy, że człowiek, którego już nie ma, nadal gra?”. To pytanie nie dotyczy technologii. Dotyczy żałoby, pamięci i granic reprezentacji.
Przypadek Kilmera nie bierze się znikąd. Wcześniej mieliśmy Petera Cushinga w „Łotrze 1”, gdzie Lucasfilm uzyskał zgodę spadkobierców na wykorzystanie jego podobizny. Mieliśmy też cyfrowo odtworzoną Carrie Fisher w tym samym filmie.
W „Obcy: Romulus” wróciła podobizna Iana Holma, również za zgodą rodziny, ale reakcje widzów były na tyle chłodne, że reżyser Fede Álvarez później przyznał, iż wersję na wydanie domowe poprawiono. To ważny sygnał: nawet jeśli technologia jest „legalna”, widzowie wcale nie muszą jej uznać za akceptowalną artystycznie.
Jeszcze wcześniej ogromne kontrowersje wywołał pomysł „przywrócenia” Jamesa Deana do filmu „Finding Jack”. Twórcy projektu nie myśleli o jednorazowym geście, lecz o budowie „wirtualnego bytu” Jamesa Deana, który miałby występować także w kolejnych filmach, grach i rzeczywistości wirtualnej
To już nie było dokończenie czyjegoś występu, a wizja pośmiertnej franczyzy zbudowanej na cudzej twarzy.
Dlatego odpowiedź brzmi: tak, to zaczyna wyglądać jak trend. Nie masowy, ale niepokojąco bliski. Hollywood zobaczyło, że są tu trzy pokusy naraz: nostalgia, marketing i pozorna kontrola.
Z punktu widzenia studia, cyfrowo „odzyskany” aktor jest marką, którą można uruchomić bez ryzyka gwiazdorskich konfliktów, zmęczenia materiału, choroby, wieku czy śmierci. To brzmi brutalnie, ale właśnie dlatego jest niebezpieczne.
Przemysł filmowy od dawna kocha własność intelektualną bardziej niż nieprzewidywalność żywego talentu. AI tylko tę skłonność wzmacnia.
Najczęstszy kontrargument brzmi: skoro zgadza się rodzina albo spadkobiercy, to w czym problem? Ano, w tym, że zgoda prawna nie jest tym samym co zgoda moralna.
Spadkobiercy mogą mieć prawo do nazwiska, głosu czy wizerunku. Ale czy mają pełne prawo do intencji artystycznej zmarłego? Czy naprawdę wiedzą, jakie role odrzuciłby aktor, jak poprowadziłby scenę, jakiego tonu by nie zaakceptował?
W przypadku Kilmera twórcy podkreślają jego duchowy związek z postacią i wsparcie rodziny. To łagodzi sytuację, ale nie zamyka dyskusji. Zmarły nie może już powiedzieć: „tak, ale nie w ten sposób”. A w sztuce właśnie „ten sposób” jest „tym” namacalnym, wyjątkowym.
Tu widzę przebłysk z „Czarnego lustra”. Możliwość technicznego ocalenia śladu po człowieku zaczyna być mylona z zachowaniem jego podmiotowości. Tymczasem cyfrowa replika nie jest osobą. Nie improwizuje. Nie ryzykuje. Nie ma wewnętrznego oporu. Jest zbiorem decyzji podjętych przez żywych ludzi, którzy sterują martwym wizerunkiem. To nie jest nieśmiertelność. To jest sterowalność.
I właśnie dlatego ten proces może być głęboko nieetyczny nawet wtedy, gdy będzie całkowicie legalny.
Technologia się poprawi. To akurat najmniej ciekawa część tej historii. Dzisiejsze niedoskonałości, ten cały cyfrowy chłód i lekka sztuczność ruchu za kilka lat będą dużo mniej widoczne. Problem leży gdzie indziej.
Pierwsze zagrożenie to rozmycie samego pojęcia występu aktorskiego. Jeżeli da się „złożyć” ekranową obecność z archiwalnych nagrań, syntetycznego głosu, twarzy generowanej przez model i pracy dublera, to kto właściwie gra? Aktor? Algorytm? Animator? Reżyser? Zespół VFX? A może wszyscy po trochu?
Kino zawsze było pracą zbiorową, ale aktorstwo opierało się jednak na jednej podstawowej intuicji: że ktoś jest przed kamerą i w czasie rzeczywistym coś z siebie wydobywa. Cyfrowa replika tę intuicję niszczy.
Drugie zagrożenie to presja na żywych wykonawców. Skoro można zakontraktować prawa do czyjejś twarzy i głosu, to naturalnym kolejnym krokiem będzie próba maksymalnego „zabezpieczenia” aktora już za życia.
Kalifornia uchwaliła w 2024 r. przepisy wzmacniające ochronę wykonawców i wymagające bardziej precyzyjnych warunków dotyczących użycia cyfrowych replik, a oddzielna ustawa objęła też ochroną cyfrowe repliki osób zmarłych. To pokazuje, że branża i ustawodawcy wiedzą już, iż nie chodzi o SF, tylko o konkretne ryzyko kontraktowe i ekonomiczne.
Trzecie zagrożenie jest chyba najbardziej ponure: kolonizacja pamięci. Jeżeli studia uznają, że zmarli aktorzy nadal mogą „pracować”, to katalog legend kina stanie się biblioteką zasobów do ponownego użycia. Dziś będzie to wzruszający wyjątek. Jutro „event casting”. Pojutrze pakiet licencyjny: głos, twarz, gest, młodsza wersja, starsza wersja, wersja do sequela, serialu i reklamy. Z tego zrobi się biznes.
Akademia już weszła w ten temat. W przyjętych zasadach dla 98. Oscarów zapisano, że użycie generatywnej AI i innych cyfrowych narzędzi samo w sobie ani nie pomaga, ani nie szkodzi szansom filmu na nominację. Jednocześnie Akademia podkreśliła, że przy ocenie osiągnięć będzie brała pod uwagę stopień, w jakim „człowiek stanowił serce twórczego autorstwa”.
Wbrew obawom, Adrien Brody nie stracił Oscara, pomimo wykorzystania w filmie „Brutalista” AI do podbicia akcentu aktorów
To rozsądne jako ogólna zasada, ale w praktyce otwiera pole do chaosu. Bo co z kategoriami aktorskimi? Formalnego zakazu dziś nie ma, więc można wyobrazić sobie film intensywnie wsparty AI, który nadal pozostaje w grze nagrodowej.
Im dalej pójdziemy w stronę syntetycznych występów, tym bardziej absurdalne będą pytania. Czy można nominować „występ” osoby zmarłej, której rola została złożona z modelu, archiwów i pracy innych twórców? Czy nagradzamy wtedy dawną aurę aktora, czy współczesny montaż jego śladów? Na razie to brzmi jak kazus z seminarium filozofii sztuki, ale ta granica właśnie przestaje być teoretyczna.
Najbliższe lata prawdopodobnie będą wyglądały tak: najpierw głośne, „szlachetne” wyjątki. Projekt przedstawiony jako hołd. Rola domknięta z miłości. Powrót legendy „w zgodzie z rodziną”. Potem przyjdzie oswojenie widza. A po oswojeniu – biznesowa normalizacja.
Będziemy słyszeć, że to tylko kolejne narzędzie, jak makijaż, CGI albo motion capture. Tyle że to nieprawda.
Makijaż nie tworzy człowieka od nowa. Motion capture nie udaje, że nieobecna osoba naprawdę tam jest. Generatywna replika zmarłego aktora dotyka czegoś znacznie głębszego: relacji między ciałem, czasem i występem. Kino było sztuką utrwalania obecności. AI zaczyna robić z niego sztukę symulacji.
I może właśnie to jest najbardziej niepokojące. Że przemysł, który przez 100 lat fotografował ulotność twarzy, teraz coraz śmielej próbuje twarze odpiąć od śmiertelności. Tak, to technicznie fascynujące. Ale też trochę przerażające.
Bo kiedy aktor przestaje móc umrzeć jako ekranowa obecność, przestaje też móc naprawdę odejść. A bez prawa do odejścia nie ma ani żałoby, ani pamięci – jest tylko wieczny recykling.
Nie jestem technofobem. AI może pomóc ludziom odzyskać głos, jak w przypadku Kilmera. Może ratować produkcje, gdy trzeba uczciwie domknąć rozpoczętą pracę. Może być narzędziem. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzie wchodzi w rolę zmarłego człowieka i udaje, że to jeszcze wciąż on.
Wtedy kino przestaje być sztuką obecności, a staje się seansową salą spirytystyczną dla przemysłu rozrywkowego.
Robin Wright w filmie „Kongres”. Słynna aktorka dostaje propozycję „zeskanowania”, dzięki czemu wszystkie kolejne role będzie grała jej wiecznie młoda kopia
Sprawa Vala Kilmera zapewne nie będzie ostatnia. Przeciwnie – wygląda raczej jak próba generalna. Pytanie brzmi nie o to, czy Hollywood pójdzie w tę stronę, bo już idzie. Pytanie brzmi, czy widzowie, twórcy i instytucje będą mieli odwagę powiedzieć: dość.
Dajmy zmarłym spoczywać w pokoju i żyć wiecznie w naszych sercach, a nie w cyfrowych bytach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Szukasz taniego telewizora OLED o dużej przekątnej? Jeśli tak, to świetnie się składa! Hitowy LG…
HBO Max pokazało nowy spot z nadchodzącymi produkcjami. W materiale pojawiają się wielkie marki, powroty…
Microsoft szykuje wydarzenie, które może być jednym z najważniejszych momentów w roku. Oficjalnie wiemy już,…
"The Boys" przez lata było serialem, który pluł nam w twarz, a jeszcze nam się…
Play obniża cenę światłowodu z telewizją przez rok. Do tego dorzuca HBO Max lub Eleven…
Legendarne głośniki, gwarantujące przestrzenny dźwięk i znakomitą jakość! Logitech Z906 w niższej cenie - zdecydowanie…