>

Kocham Teda Lasso. Ted Lasso wraca. Tylko po co?

Ted Lasso powraca, tym razem, by poprowadzić kobiecą drużynę AFC Richmond. Ale czy ktoś w ogóle tego potrzebuje?

seriale, które kończą się tak, jak powinny. Odkładasz je jak dobrą książkę po ostatniej stronie – z tym ciepłym, lekko melancholijnym uczuciem, że właśnie byłeś świadkiem czegoś kompletnego.

Czegoś, co nie potrzebuje dalszego ciągu, bo wszystko, co miało zostać powiedziane, zostało powiedziane. Czegoś, do czego możesz wracać w dowolnym momencie życia i za każdym razem znaleźć coś innego – coś, czego poprzednim razem nie zauważyłeś albo jeszcze nie byłeś gotów zauważyć.

„Ted Lasso” jest dokładnie takim serialem. A przynajmniej – był.

Dobry z wyboru

Pamiętam, kiedy pierwszy raz odpaliłem „Teda Lasso”. Sierpień 2020. Pandemia, wszystko zamknięte, świat niezapraszający do wyjścia. I nagle on. Trener futbolu amerykańskiego, który zostaje trenerem piłki nożnej w Anglii, nie mając o piłce nożnej zielonego pojęcia.

Jako wieloletni fan piłki nożnej, początkowo potraktowałem to jak żart. Ba, po pierwszym odcinku nie byłem przekonany, że będę oglądał dalej. Ale nagle kliknęło i już nie mogłem się oderwać. Dlaczego?

Teda Lasso nie sposób nie polubić od pierwszej sceny

„Ted Lasso” od pierwszej sceny robił coś bardzo rzadkiego w telewizji: traktował dobroć poważnie. Nie jako naiwność, nie jako słabość, nie jako materiał do wyśmiania. Traktował ją jak wybór. Świadomy, codzienny, kosztowny wybór, który trzeba podejmować na nowo każdego ranka, nawet gdy świat robi wszystko, żeby ci go odradzić.

Jamie Tartt ma w sobie coś z Cristiano Ronaldo

W pierwszym sezonie Ted przyjeżdża do AFC Richmond wiedząc, że Rebecca Welton – właścicielka klubu – zatrudniła go, żeby go skompromitować. Żeby klub zajął ostatnie miejsce. Żeby jej były mąż, który uwielbiał ten klub, zobaczył, jak on płonie.

Ted to wyczuwa. Może nawet wie. A mimo tego – jest dla niej dobry. Nie głupio dobry, nie naiwnie dobry. Dobry z pełną świadomością sytuacji. To jest ten moment, kiedy zrozumiałem, że ten serial nie jest o piłce nożnej.

Rzutki i wszystko, co za nimi stoi

Sezon pierwszy jest o wierze. O tym, że możesz nie wiedzieć, co robisz, i nadal robić to właściwie. Ted nie znał zasad piłki nożnej – musiał wszystkiego uczyć się na bieżąco. Ale znał ludzi.

Wiedział, że Nate – ten nieśmiały, pomiatany asystent od prania – ma w sobie coś, czego inni nie widzą. Wiedział, że Roy Kent, warczący kapitan na końcu kariery, przeżywa żałobę po własnej tożsamości. Wiedział, że Jamie Tartt – arogancki, błyszczący, celebryty – jest w środku przerażonym chłopcem, który nigdy nie miał przy sobie kogoś, kto by go naprawdę lubił, a nie tylko podziwiał.

Podczas sceny gry w darta, naprawdę poczułem, że to nie jest „serial piłkarski”

W tym pierwszym sezonie, który wielu traktuje jako trochę lżejszy, trochę prosty, był jeden moment, który mnie rozłożył. Ted idzie na dart z Ruperthem, byłym mężem Rebeki, który próbuje go publicznie upokorzyć. I Ted – który przez cały serial udawał, że nie umie grać w darty – wygrywa. Ale nie świętuje. Mówi tylko coś o tym, że woli być ciekawy niż pewny siebie. I odchodzi.

To było jedno z najlepszych zakończeń sceny, jakie widziałem w telewizji. Nie dlatego, że Ted wygrał. Ale dlatego, że wygranie nie zmieniło go ani trochę.

Ten, który pluje w lustro

Sezon drugi jest trudniejszy i mroczniejszy. I właśnie dlatego lepszy.

W nim „Ted Lasso” zdecydował się zrobić coś odważnego: pokazać, że człowiek, który jest dla wszystkich oparciem, sam może się rozpadać. Ataki paniki Teda. Terapeuta, doktor Sharon Fieldstone, która na początku jest postacią niemal komiczną w swojej chłodnej powściągliwości, a kończy jako jedna z najważniejszych osób w serialu.

I ten odcinek – „Sygnał” (s02e06) – w którym Ted w końcu przestaje udawać. Gdzie mówi o ojcu. Gdzie pozwala sobie być słabym. Jason Sudeikis zagrał to tak, że przez chwilę zapomniałem, że to serial.

Nate to jedna z najbardziej złożonych postaci w serialu, ale też taka, która przechodzi niesamowitą przemianę

Jest też Nate. O nim można by napisać osobny artykuł, bo to jedna z najodważniejszych decyzji narracyjnych serialu. Skromny, niewidoczny, dobry Nate z sezonu pierwszego zaczyna w sezonie drugim pękać.

Z człowieka, który był pomiatany przez wszystkich, staje się kimś, kto sam zaczyna pomiatać innymi. Nie jak czarny charakter z kreskówki, a ktoś, kto za długo znosił długoletnie poniżanie. A trauma go wcale nie uszlachetnia – po prostu trwa.

Uroniłem łzę przy wielu odcinkach tego serialu. Ale chyba najbardziej przy tym, kiedy Nate pluje na swoje odbicie w lustrze. Bo to był moment, w którym nie czułem do niego złości. Czułem tylko smutek.

No i jest jeszcze Rebecca. Dojrzewanie Rebeki przez trzy sezony to osobny felieton, może nawet osobna książka. Kobieta, która zaczyna jako zimna, kontrolująca, działająca z zemsty – i która stopniowo, powoli, bez żadnego magicznego przełomu staje się kimś, kto potrafi przyjąć miłość. Nie tylko dawać.

Ten wątek z amsterdamskim mężczyzną, ze snem, z córką, którą mogła mieć – to były rzeczy, przy których musiałem dać pauzę i siedzieć chwilę w ciszy.

Trzyma za rękę bez słowa

Ale to sezon trzeci zostawił mnie w stanie, który trudno opisać inaczej niż „kompletność”.

Najpiękniejszą rzeczą w tym sezonie nie był żaden mecz ani żadna wielka scena. Był to odcinek rozgrywający się w Amsterdamie – „Słoneczniki” (s03e06), w którym cała drużyna jedzie na wyjazd, a Roy i Jamie, zamiast bawić się z resztą wychodzą trenować.

I w którymś momencie Jamie łapie dwa rowery. I okazuje się, że Roy Kent – ten Roy Kent, lodowaty, nietykalny, warczący Roy Kent – nie umie jeździć na rowerze. Nigdy się nie nauczył, bo miał go nauczyć dziadek, a dziadek umarł. I Jamie – bez ceremonii, bez sentymentalizmu, z tą swoją charakterystyczną mieszaniną pychy i czułości – uczy go. Powoli, z oporami, z kilkoma wywrotkami. Aż w końcu Roy jedzie. I obaj się cieszą jak idioci na środku Amsterdamu.

Jeżeli oglądaliście „Teda Lasso” na bieżąco, to nie mogliście nie uronić łzy przy tym odcinku. Czysta perfekcja

W tej jednej scenie jest cała historia ich relacji. Dwóch mężczyzn, którzy przez dwa sezony nienawidzili się serdecznie – jeden z zazdrości, drugi z pogardy – i którzy w trzecim sezonie odkryli, że są zbudowani z dokładnie tego samego materiału. Że obaj wychowali się w cieniu trudnych ojców. Że obaj nauczyli się chować wszystko, co miękkie, tak głęboko, że sami przestali wiedzieć, że tam jest.

Roy przyznaje w tej scenie wprost, że wyładowuje na Jamie’m swoje negatywne emocje – niezależnie od tego, czy Jamie na to zasługuje. To jest rodzaj samoświadomości, którego Roy nie miał w sezonie pierwszym. I który kosztował go pewnie więcej niż cokolwiek innego w tym serialu.

Dla mnie to czysta perfekcja. Obok „Części 8” trzeciego sezonu „Twin Peaks” jest prawdopodobnie najlepszym odcinkiem serialu telewizyjnego w historii.

A finał? Richmond gra z West Hamem. Ted już wie, że wraca do syna – podjął tę decyzję wcześniej – i jest w nim pewność kogoś, kto w końcu przestał być rozdarty. Mecz jest szalony.

Richmond przegrywa do przerwy, wraca. Jamie strzela. Isaac McAdoo kopie karnego – piłka przebija siatkę i wszyscy myślą, że chybił, dopóki sędzia nie zauważa dziury. Sam Obisanya strzela zwycięskiego gola. Richmond wygrywa z West Hamem. Ale Manchester City wygrywa swój mecz, więc Richmond kończy drugi, nie pierwszy. I jakoś to jest właściwsze niż mistrzostwo. Bo ten serial nigdy nie był o wygrywaniu.

Serial kończy się nie puentą, nie przemówieniem, nie sceną pod tytułem „zapamiętaj to na zawsze”, tylko poczuciem, że wszyscy są tam, gdzie powinni być. Że ta historia się dopełniła. Że możesz ją teraz zabrać ze sobą i już nigdy nie musisz się martwić, że zostanie zepsuta.

Liczenie pieniędzy

Dlatego, gdy w marcu 2025 r. Apple TV ogłosiło czwarty sezon, nie poczułem radości. Było to coś między niepokojem a déjà vu. Bo dobrze znamy ten schemat. Coś kończy się perfekcyjnie, a potem ktoś liczy pieniądze i stwierdza, że może jednak nie tak perfekcyjnie.

Uważam, że sezon 4 „Teda Lasso” nie jest potrzebny, ale to nie oznacza, że nie może się on udać

Twórcy przynajmniej nie zdecydowali się na proste wznowienie. Ted nie wraca jako trener AFC Richmond – wraca jako trener kobiecej drużyny piłkarskiej z drugiej ligi, grającej pod tym samym szyldem. To odważny krok narracyjny.

Albo – i tu pojawia się cyniczny głos w mojej głowie – to ucieczka. Bo stara historia była skończona, więc trzeba było wymyślić nową. A skoro nową, to dlaczego nie wskoczyć przy okazji na aktualną modę?

Czy „śmiertelnie poważny” Roy Kent będzie pasował do nowego sezonu? Mam nadzieję, że scenarzyści mają na niego pomysł

Kobiecy futbol ma teraz swój moment. Apple to widzi i chce być na tej fali. Rozumiem biznesową logikę. Tylko że „Ted Lasso” nigdy nie był serialem „o” piłce nożnej. Był serialem o ludziach, dla których piłka była pretekstem, żeby porozmawiać o samotności, terapii, lojalności i o tym, że bycie dobrym człowiekiem jest trudne, ale warte wysiłku. Ta historia mogłaby rozgrywać się na boisku do hokeja, w firmie księgowej albo w zakładzie fryzjerskim – i byłaby równie prawdziwa.

Rebecca od początku irytuje, ale z czasem można ją polubić

Ale właśnie dlatego zmiana na kobiecą drużynę jest jednocześnie nieistotna i potencjalnie świetna – i jednocześnie może być zupełnie chybiona. Wszystko zależy od tego, czy nowe postacie zostaną napisane z taką samą cierpliwością i precyzją psychologiczną, z jaką pisano Roya, Jamie’ego czy Nate’a.

A to jest poprzeczka ustawiona bardzo, bardzo wysoko.

Ted Lasso na nasze czasy

Jest jeszcze jeden problem, który niepokoi mnie bardziej niż kwestia obsady czy fabuły: czas.

Ted Lasso jako postać był odpowiedzią na konkretny moment – pandemię, polityczny chaos, powszechne zmęczenie cynizmem. Jego radykalna życzliwość była wtedy niemal rewolucyjna, bo desperacko jej potrzebowaliśmy.

Serial trafił w nas w miejscu, w którym akurat byliśmy podatni na zranienie – i zamiast tego zranienia dostaliśmy coś zupełnie innego. Coś rzadkiego. Ciepło bez cukierkowości, optymizm z zębami, dobroć bez głupoty.

„Teda Lasso” można ciągnąć jeszcze kolejne 3-4 sezony, ale czy to naprawdę konieczne?

Teraz mamy rok 2026. Optymizm Teda i jego zdolność do znajdowania jasnej strony w każdej sytuacji mogą po prostu nie mieszać się z dzisiejszymi realiami tak dobrze, jak show by sobie tego życzyło. Świat jest inny. Może Ted też powinien być inny. Albo może powinien był zostać tam, gdzie go zostawiliśmy – na lotnisku, z walizką, z poczuciem, że zrobił wszystko, co mógł.

Największy grzech sezonu czwartego polega na tym, że niszczy coś cennego: zamknięcie.

„Ted Lasso” w trzech sezonach był kompletny jak trylogia. Można było wsiąść do niego w dowolnym miejscu swojego życia i wyjść z czymś innym. Ta skończoność nadawała mu charakter ponadczasowy – coś, co można odpalić w dowolnym momencie, z kumplem, bratem, rodzicami czy dziećmi.

Podobnie jak „Endgame” Avengersów i kultowe „I am Iron Man” Tony’ego Starka – mieliśmy zamknięcie idealne. Po co to zmieniać, próbować coś dopowiadać?

Żaden mecz dwa razy się nie zdarza

Mam nadzieję, że scenarzyści wiedzą, co robią. Hannah Waddingham (Rebecca) nazwała ich Jedi Knights – i choć to może brzmieć jak przesadna pochwała pracodawców, to przez chwilę chciałbym w to wierzyć.

Chciałbym wierzyć, że kobiecy futbol w serialu okaże się prawdziwą historią, a nie modnym opakowaniem. Że nowe postacie dostaną tyle przestrzeni i czasu, ile potrzebują – że nie będą skrótami, nie będą funkcjami fabularnymi, ale ludźmi. Że Ted – jako trener kobiet w środowisku, które traktuje kobiecy sport z przymrużeniem oka – naprawdę czegoś doświadczy, naprawdę przez coś przejdzie, a nie tylko powtórzy to, co przeżył już w Richmond, tyle że w innych strojach.

Wciąż uważam, że czwarty sezon serialu, który był planowany na trzy sezony, to wyrachowanie. Potencjalny sukces potwierdzi zdolność Apple do ewolucji seriali, a porażka odsłoni ograniczenia tej formuły.

Tego się boję. Bo „Ted Lasso” w najlepszych momentach nie wyglądał jak formuła. Wyglądał jak życie. A życia nie da się powtórzyć.

To również warto przeczytać!

Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, kiedy do cholery zobaczymy nowego Bonda i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że „Wskrzeszenie” Vala Kilmera to dopiero początek.

Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.

Marcepan

Najnowsze artykuły

Co oglądać w HBO Max? Najciekawsze nowe filmy i seriale

Co obejrzeć w HBO Max? Jakie filmy i seriale warto teraz zobaczyć? Szukając odpowiedzi na…

18 maja 2026

Nowość od Edifiera to materiał na hit? Słuchawki z Bluetooth 6.0 i ekranem za grosze

Edifier Auro Ace to nowe, rewolucyjne słuchawki nauszne z wbudowanym ekranem. Poznaj specyfikację i niską…

18 maja 2026

Kino domowe 5.1.2 za grosze! Mamy znakomity kupon

Marzy Ci się kino domowe w bardzo niskiej cenie? Jeśli tak, to świetnie się składa…

18 maja 2026

Ten sprzęt zmienia zasady gry. 13-calowy ekran, który złożysz jak teczkę

Aura Displays zaprezentowało Single Flex Pro, pierwszy na świecie przenośny monitor ze składanym ekranem AMOLED.…

18 maja 2026

Ta gra Xboxa podbiła Metacritic! I to przed premierą

Forza Horizon 6 wskoczyła na pierwsze miejsce zestawienia najlepiej ocenianych gier 2026 roku według Metacritic.…

18 maja 2026

Fani retro będą zachwyceni. Ten handheld wygląda jak Game Boy i ma być tańszy niż Pocket Vert

Wyciekły grafiki zupełnie nowego sprzętu do grania od Ayaneo. Nowy, pionowy handheld może kosztować mniej…

18 maja 2026