„Przylądek strachu” jest męczący, ale nie mogę się od niego oderwać. Powód? Javier Bardem!
Spis treści
„Przylądek strachu” nie jest serialem, który od razu odbiera oddech. Raczej powoli zaciska palce. Czasem robi to skutecznie, czasem zbyt ostentacyjnie.
Bywa ciężki. Bywa rozwleczony. Momentami aż chce się, żeby ktoś przyspieszył tempo i odciął kilka scen, zanim napięcie zmieni się w znużenie. Kilka razy nawet zaśmiałem się z niedowierzania. A jednak oglądam dalej. Bo pod tą powolną, duszną konstrukcją jest coś magnetycznego. A właściwie ktoś.
Javier Bardem jako Max Cady nie tyle pojawia się na ekranie, ile od razu go w całości zawłaszcza. Wystarczy jego uśmiech, spojrzenie albo spokojnie wypowiedziane zdanie, by cały serial nagle stawał się ciekawszy, groźniejszy i bardziej lepki. Dawno żaden aktor w serialu nie zrobił na mnie takiego wrażenia.
„Przylądek strachu” ma za sobą potężne dziedzictwo. Był film z 1962 r., był remake Martina Scorsesego z 1991 r., byli Robert Mitchum i Robert De Niro. To są poważne nazwiska. Każda nowa wersja powieści „Egzekucja” Johna D. MacDonalda z 1957 r. musi mierzyć się z pytaniem: po co właściwie wracać do historii o człowieku, który wychodzi z więzienia i zaczyna niszczyć życie ludzi odpowiedzialnych za jego dawną krzywdę?
Odpowiedź Apple TV jest prosta i ryzykowna: bo dziś lęk wygląda inaczej. Nie mieszka już tylko w ciemnej uliczce, podejrzanym samochodzie ani głuchym telefonie. Mieszka w systemie alarmowym, który włącza się bez powodu. W Internecie, który potrafi zrobić z człowieka potwora albo ofiarę. W filmiku, plotce, fałszywym tropie, w moralnym niepokoju, że może nie znamy całej prawdy.
Nowy „Przylądek strachu” chce być thrillerem o zemście, ale też opowieścią o tym, że współczesny człowiek nie ma już bezpiecznej przestrzeni. Nawet dom, który powinien być ostatnim schronieniem, staje się tu sceną oblężenia.
Problem polega na tym, że serial czasami zbyt mocno wierzy we własną gęstość. Powoli budowane napięcie jest jego największą zaletą i jednocześnie największą słabością. W najlepszych momentach działa znakomicie. Kamera zostaje przy twarzy o sekundę za długo, rozmowa zaczyna brzmieć jak groźba, zwykły gest nabiera złowrogiego sensu.
W słabszych chwilach czuć jednak, że historia została rozciągnięta. Filmowy mechanizm, który w kinie działał jak zaciśnięta pięść, tutaj czasem zamienia się w długi uścisk, z którego nie wiadomo, czy mamy się bać, czy już tylko niecierpliwić.
Amy Adams i Patrick Wilson grają Annę i Toma Bowdenów, małżeństwo prawników, których życie zostaje wywrócone po wyjściu na wolność Maxa Cady’ego. To ważna zmiana względem prostszych wersji tej historii.
Bowdenowie nie są niewinną rodziną napadniętą przez czyste zło. Są ludźmi z przeszłością, z kłamstwami, z moralnymi kompromisami, z napięciem w małżeństwie i z dziećmi, które czują, że coś w tym domu nie gra.
Amy Adams gra Annę bardzo wewnętrznie. W jej twarzy cały czas miesza się lęk, poczucie winy i zawodowy odruch kontroli. To bohaterka, która chce wierzyć, że nadal panuje nad sytuacją, choć właściwie od pierwszych scen widać, że kontrola jest tu tylko dekoracją. Adams nie musi krzyczeć, żeby pokazać panikę. Wystarczy, że zamilknie. Wystarczy, że spojrzy na Maxa tak, jak patrzy się na człowieka, którego obecność burzy nie tylko teraźniejszość, ale i wspomnienia o samym sobie.
Patrick Wilson ma z kolei trudniejsze zadanie, bo Tom jest postacią mniej oczywistą. Nie jest tylko mężem, nie jest tylko prawnikiem, nie jest tylko człowiekiem wypychanym do roli obrońcy rodziny. Tom chce wyglądać na rozsądnego, opanowanego, stabilnego. Ale pod spodem jest kruchy. Jego spokój jest jak garnek z wodą zostawiony za długo na ogniu: przez chwilę nic się nie dzieje, a potem nagle wszystko zaczyna kipieć.
Adams i Wilson są świetni, bo grają ludzi, którzy nie tyle zostają zaatakowani przez zło z zewnątrz, ile zmuszeni do oglądania zła wewnętrznego. Max Cady nie wchodzi do idealnego domu. On wchodzi do domu, który już wcześniej pracował na własną katastrofę.
Centrum tego serialu jest Javier Bardem. Bez niego „Przylądek strachu” byłby prawdopodobnie tylko sprawnym, nierównym, momentami zbyt rozbuchanym thrillerem. Z nim staje się czymś ciekawszym. Niekoniecznie lepszym, ale na pewno hipnotycznym.
Bardem nie gra Maxa Cady’ego jak zwykłego psychopaty. To byłoby zbyt łatwe. Jest inteligencją, urazą, performansem, teatralnością i dziwnym rodzajem smutku.
Najbardziej niepokojące jest to, że on potrafi być w tym ujmujący. Potrafi się uśmiechnąć tak, że przez ułamek sekundy rozumiemy, dlaczego ludzie mogą mu uwierzyć. Potrafi mówić miękko, prawie serdecznie. Potrafi wejść w cudzą przestrzeń nie jak włamywacz, lecz jak ktoś, kto od zawsze miał do niej prawo.
I właśnie wtedy robi się najstraszniejszy.
W tej roli Bardem pracuje na granicy karykatury, ale jej nie przekracza. Max jest przerysowany, owszem. Ma w sobie coś z południowego demona, coś z ulicznego kaznodziei, coś z człowieka, który zbyt długo siedział w zamknięciu. Ale Bardem pilnuje, żeby za każdą pozą stała jakaś emocja.
Cady nie jest tylko figurą zemsty. Jest kimś, kto zbudował całą tożsamość na krzywdzie. A człowiek, który przez lata pielęgnuje własne cierpienie, może w końcu zacząć traktować je jak religię.
To jest chyba najciekawsze w tej interpretacji. Max Cady nie chce wyłącznie odwetu. On chce, żeby świat przyznał mu rację. Chce zmusić innych, by zobaczyli rzeczywistość jego oczami. W tym sensie jest postacią bardzo współczesną. Nie wystarczy mu wygrać. Potrzebuje publiczności. Potrzebuje tego strasznego momentu, w którym ofiara zaczyna się zastanawiać, czy może jednak oprawca miał w czymś rację.
Z „Przylądkiem strachu” mam relację dość ambiwalentną. Z jednej strony widzę, że serial czasami za bardzo lubi własne sztuczki. Podrzuca kolejne tropy, komplikuje relacje, dokłada współczesne lęki, jakby bał się zostawić widza sam na sam z prostym, pierwotnym napięciem.
Nie wszystko działa. Niektóre rozwiązania są zbyt wygodne. Niektóre decyzje bohaterów wyglądają tak, jakby scenariusz musiał ich popchnąć w stronę kolejnego problemu, nawet jeśli rozsądek krzyczałby: nie idź tam, nie rozmawiaj z nim, zamknij drzwi.
Z drugiej strony trudno odmówić temu serialowi charakteru. Jest lepki, duszny, przesadzony, momentami niemal chorobliwie intensywny. Ma w sobie coś z koszmaru oglądanego w biały dzień.
Najbardziej podoba mi się to, że „Przylądek strachu” nie traktuje strachu wyłącznie jako reakcji na zagrożenie fizyczne. Oczywiście, przemoc tu jest – czasami bardzo dosłowna. Ale prawdziwy niepokój bierze się z czegoś innego: z poczucia, że ktoś obcy zobaczył nas dokładniej, niż byśmy chcieli.
Max Cady jest groźny nie tylko dlatego, że może skrzywdzić. Jest groźny, bo rozumie słabości swoich przeciwników. A może jeszcze gorzej: umie sprawić, by sami zaczęli je przed sobą odsłaniać.
Dlatego mimo zastrzeżeń oglądam dalej. Nie dlatego, że „Przylądek strachu” jest serialem idealnym. Nie jest. Bywa męczący, zbyt długi, zbyt napakowany, czasem zbyt dosłowny. Ale ma coś, czego wielu poprawniejszym produkcjom brakuje: obecność aktora, który przejmuje ekran i zmienia temperaturę każdej sceny.
Bardem nie tyle gra Maxa Cady’ego, ile wpuszcza go do pokoju. I od razu robi się duszno. Nieważne, czy mówi, milczy, patrzy, uśmiecha się czy tylko stoi gdzieś z boku.
„Przylądek strachu” sprawdził się jako film i prawdopodobnie obroni się jako miniserial – dzięki Javierowi Bardemowi
„Przylądek strachu” jest serialem nierównym, ale skutecznym. Wolno buduje napięcie, czasem aż za wolno. Przeciąga sceny, dokłada kolejne warstwy, bywa męczący.
A jednak ma w sobie ten rodzaj niezdrowego magnetyzmu, który każe czekać na następny odcinek. Bo gdzieś pod całą pulpową przesadą kryje się proste pytanie: co się dzieje, kiedy do naszego życia wraca ktoś, kogo uznaliśmy za zamknięty rozdział?
W przypadku Maxa Cady’ego odpowiedź jest prosta. Rozdziały nigdy się nie zamykają. Czasem tylko czekają 17 lat, aż ktoś znowu je otworzy.
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że Spielberg wraca do kosmitów i polecam lekturę felietonu, w którym pytam, kiedy do cholery zobaczymy nowego Bonda.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Retroid zdradził kolejne szczegóły na temat nowej retro konsolki Pocket Nova. Urządzenie otrzyma półprzezroczystą obudowę,…
LG OLED G5 doczekał się promocji, obok której trudno przejść obojętnie. Topowy OLED z genialnym…
Netflix szykuje wielki powrót jednego ze swoich hitów. Fani „Avatara” mają na co czekać. Premiera…
Sony może nie opóźnić premiery PS6 mimo rosnących cen pamięci. Dwaj skonfliktowani insiderzy wyjątkowo mówią…
Philips 55OLED820 z Ambilight, OLED i 144 Hz kusi świetną ceną. Sprawdzamy, gdzie kupić ten…
Steam Machine jest droższy od PS5, ale nie zawsze szybszy. Testy Digital Foundry pokazują zaskakujące…