Dziesięć lat temu „Vaiana: Skarb oceanu” podbiła kina. Dwa lata temu doczekała się kontynuacji. Teraz Disney opowiada tę samą historię ponownie, tylko z aktorami. Po co? Trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś w księgowości dostrzegł kolejną falę pieniędzy do zarobienia.
Spis treści
Disney nie wynalazł remake’ów, ale doprowadził ich produkcję niemal do przemysłowej perfekcji. „Kopciuszek”, „Księga dżungli”, „Piękna i Bestia”, „Aladyn”, „Mulan”, „Mała Syrenka”, „Król Lew”, „Lilo i Stich” – lista jest długa i wciąż rośnie.
Jedne filmy rzeczywiście próbowały spojrzeć na znane historie inaczej. Inne przypominały bardzo drogie inscenizacje szkolnych przedstawień, w których każdy kostium musi wyglądać dokładnie tak, jak widz zapamiętał go z dzieciństwa.
W przypadku „Pięknej i Bestii” czy „Aladyna” dało się jednak zrozumieć sens całej operacji. Animowane oryginały pochodziły z początku lat 90. Były klasykami wychowującymi całe pokolenie, ale od ich premier minęło ćwierć wieku. Można było odkurzyć scenografię, zatrudnić nowe gwiazdy, nagrać piosenki na nowo i sprzedać dziecięce wspomnienia dorosłym, którzy tym razem przyszli do kina ze swoimi dziećmi.
Co więcej, oba remaki miały własną energię. Will Smith nie próbował być Robinem Williamsem, bo wiedział, że tego pojedynku nie można wygrać. Zbudował więc własnego Dżina. „Piękna i Bestia” nadrabiała rozmachem, obsadą i musicalowym przepychem. Można było narzekać, że to odgrzewany kotlet, ale przynajmniej podano go na nowej zastawie.
Z „Vaianą” sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Oryginalna animacja trafiła do kin w 2016 r. Nie jest zakurzonym klasykiem, który trzeba przedstawić nowemu pokoleniu.
To współczesny film, nadal obecny na Disney+, w telewizji, w sklepach z zabawkami i dziecięcych playlistach. Jego bohaterowie nie zdążyli zniknąć z popkultury nawet na chwilę. Przyznam, że to jeden z moich ulubionych filmów animowanych Disneya, który oglądam z dziećmi co najmniej raz w roku.
W listopadzie 2024 r. do kin weszła „Vaiana 2”. Zaledwie kilkanaście miesięcy później Disney zaprasza widzów na ponowne spotkanie z Vaianą i Mauim – tyle że tym razem w aktorskiej wersji pierwszej części.
Nowy film wyreżyserował Thomas Kail, Vaianę gra Catherine Laga’aia, a jako Maui powraca Dwayne Johnson, który użyczał bohaterowi głosu w animacjach. Disney oficjalnie nazywa produkcję nowym aktorskim wyobrażeniem filmu z 2016 r., ale określenie „nowe” wypada tu dość zabawnie.
W filmie są znajome sceny, postacie, piosenki i dowcipy. Zmienił się głównie sposób ich opakowania.
Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi: Czy aktorska „Vaiana” jest dobrze zrobiona? Przy takim budżecie musiała wyglądać efektownie. Pytanie brzmi: po co właściwie została zrobiona?
Co ten film może powiedzieć, czego nie mówi nam dziś 10-letnia animacja? Dlaczego ta sama opowieść musiała wrócić akurat teraz, skoro jej kontynuacja dopiero co gościła w kinach?
Z punktu widzenia Disneya decyzja jest całkowicie racjonalna. „Vaiana” stała się potężną marką, a obie animowane części zarobiły łącznie ogromne pieniądze. Firma informowała już na początku 2025 r., że kinowe wpływy całej serii zbliżają się do 1,7 mld dol. Do tego dochodzą zabawki, stroje, piosenki, atrakcje w parkach rozrywki i kolejne lata życia na Disney+.
Studio dostało także bardzo czytelny sygnał od widzów. Aktorski „Lilo i Stich” przekroczył w 2025 r. miliard dolarów wpływów z kin. Disney wprost mówi o inwestowaniu w popularne historie i bohaterów. Trudno więc oczekiwać, że po takim sukcesie zarząd nagle stwierdzi: „Dobrze, zarobiliśmy wystarczająco dużo, teraz zaryzykujmy z czymś nowym”.
Aktorska „Vaiana” nie powstała dlatego, że twórcom brakowało domknięcia tej historii. Powstała, bo marka jest gorąca właśnie teraz. Dwayne Johnson wciąż może zagrać Mauiego, dzieci znają piosenki, a rodzice nie potrzebują reklamy wyjaśniającej, na jaki film kupują bilety.
To produkt niemal pozbawiony ryzyka. Disney nie musi wzbudzać zainteresowania – wystarczy je ponownie spieniężyć.
W całej modzie na aktorskie remaki najbardziej drażni mnie coś jeszcze. Kryje się za nią sugestia, że animacja jest jedynie wstępną, mniej prestiżową wersją opowieści.
Najpierw dostajemy rysunkową albo komputerową historię dla dzieci, a później ta historia rzekomo awansuje: otrzymuje prawdziwych aktorów, wielkie dekoracje i bardziej „realistyczny” wygląd. To bardzo szkodliwa narracja.
Oryginalna „Vaiana” nie potrzebowała takiego awansu. Animacja była jej naturalnym językiem. Pozwalała oceanowi zachowywać się jak żywa postać, Mauiemu zmieniać kształty bez utraty lekkości, a światu Polinezji być jednocześnie namacalnym i baśniowym.
Przełożenie tego wszystkiego na kino aktorskie nie musi wzbogacać opowieści. Czasami oznacza jedynie mozolne odtwarzanie za pomocą efektów komputerowych tego, co animatorzy zrobili wcześniej swobodniej, zabawniej i z większą wyobraźnią.
Zresztą samo określenie „wersja aktorska” coraz częściej jest umowne. Obok aktorów oglądamy cyfrowy ocean, cyfrowe stworzenia, cyfrowe krajobrazy i bohaterów wygenerowanych przez komputery.
„Król Lew” z 2019 r. był reklamowany jako aktorski remake, chociaż niemal wszystko, co pojawiało się na ekranie, było animacją komputerową. Disney sprzedaje więc animację jako bardziej prawdziwą animację, a widzowie mają udawać, że zaszła fundamentalna zmiana.
Kiedyś nostalgia potrzebowała czasu. Film wracał po 20-30 latach, ponieważ wychowane na nim dzieci zdążyły dorosnąć. Dziś 10 lat najwyraźniej w zupełności wystarcza. W przypadku „Vaiany” Disney nie czeka nawet na zmianę pokoleniową. Część dzieci, które oglądały oryginał w kinach, nadal chodzi do szkoły.
To nie jest już powrót do przeszłości. To zawracanie na tej samej ulicy, zanim dojechało się do jej końca.
Popkultura zaczyna przypominać ekran platformy streamingowej, na którym bez końca przewijamy te same twarze w nieco innych miniaturkach. Znamy tytuł, znamy piosenkę, znamy bohatera – klikamy. A skoro klikamy, studio nie ma powodu proponować nam coś, czego jeszcze nie znamy.
Problem nie polega nawet na tym, że remaki są z definicji złe. „Księga dżungli” Jona Favreau pokazała, że można wykorzystać nową technologię do zbudowania odmiennego widowiska. „Czarownica” opowiedziała klasyczną baśń z perspektywy postaci, którą wcześniej sprowadzono do roli złoczyńcy.
Remake ma sens, gdy zmienia punkt widzenia, ton albo znaczenie historii. Jeśli tylko odtwarza sceny i piosenki, staje się kosztownym seansem karaoke.
Granica przesuwa się niebezpiecznie szybko. Jeżeli dziesięcioletnią „Vaianę” można już przerobić na film aktorski, to dlaczego nie „Krainę lodu”? Pierwsza część ma przecież trzynaście lat, czyli według nowego kalendarza Disneya jest niemal zabytkiem.
Elsa grana przez popularną aktorkę, realistyczny Olaf i „Mam tę moc” nagrane po raz kolejny – nietrudno wyobrazić sobie spotkanie, na którym ktoś pokazuje taki projekt w prezentacji.
A potem? „Zwierzogród” z fotorealistycznymi zwierzętami? Aktorskie „Encanto”, chociaż animacja zadebiutowała w 2021 r.? „Toy Story” z Tomem Hollandem i Alanem Ritchsonem?
Brzmi absurdalnie, ale jeszcze kilka lat temu równie absurdalnie brzmiał pomysł, aby ponownie nakręcić „Vaianę”, zanim jej pierwsza część skończy 10 lat. Tymczasem tego samego lata co aktorska „Vaiana” Disney wprowadził do kin również „Toy Story 5”. Firma już nie tyle wraca do swoich marek, ile właściwie nigdy ich nie opuszcza.
Niektórych animacji po prostu nie powinno się przerabiać na kino aktorskie. Nie dlatego, że są święte i nie wolno ich dotykać. Dlatego że ich forma jest częścią opowieści.
„Toy Story” bez charakterystycznej animacji, „Kraina lodu” z realistycznym bałwanem czy „Vaiana” z komputerowym oceanem, który udaje prawdziwy, nie stają się automatycznie dojrzalsze ani lepsze. Stają się przede wszystkim znajome.
Aktorska „Vaiana” zapewne znajdzie swoich widzów. Dzieci zobaczą bohaterkę, którą lubią. Dorośli rozpoznają piosenki. Dwayne Johnson zrobi minę Dwayne’a Johnsona, uniesie brew i ponownie zaśpiewa „Drobnostka”. Przez dwie godziny może być kolorowo, głośno i całkiem przyjemnie. Nie w tym rzecz.
Rzecz w tym, że Disney coraz rzadziej pyta, jaką historię warto opowiedzieć, a coraz częściej – którą historię można sprzedać jeszcze raz. Aktorska „Vaiana” jest symbolem momentu, w którym studio przestało odświeżać własne klasyki i zaczęło robić remaki filmów wciąż pachnących nowością.
Vaiana wypływała poza rafę, bo chciała odkryć nieznany świat. Disney robi dziś coś dokładnie odwrotnego. Trzyma się brzegu, który zna, płynie po własnych śladach i liczy, że publiczność kolejny raz kupi bilet na tę samą podróż.
Ocean jest ogromny. Szkoda, że największa fabryka baśni na świecie uparcie wybiera tę samą trasę.
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że nie trzeba żyć pod ziemią, żeby mieszkać w silosie i polecam lekturę felietonu, w którym pytam, kiedy do cholery zobaczymy nowego Bonda.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Steam Deck 2 może zapewnić znacznie większy skok wydajności, niż sugeruje przeciek jego specyfikacji. Moore’s…
Właściciele Xbox Series X|S mają nowy powód, by liczyć na lepszy obraz w grach. Krótka…
Steam Deck może już korzystać z DLSS 3.7 dzięki nieoficjalnej modyfikacji. Pierwsze nagrania wyglądają obiecująco,…
Cyberleek grozi udostępnieniem grywalnej wersji GTA 6 jeszcze przed premierą. Deklaruje, że pliki pozwolą przejść…
Kiedy ogłoszono czwarty sezon "Teda Lasso", głęboko westchnąłem. Gdy dowiedziałem się, że Ted ma zaczynać…
Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…