Co Christopher Nolan zobaczył za horyzontem?

Po „Odysei” Christopher Nolan nie musi już niczego udowadniać. Może wszystko. Ale gdy ucichnie muzyka Ludwiga Göranssona, a koń trojański wyryje się w naszej głowie, pozostaje jedno pytanie: co dalej?

„Odyseja” to kino totalne. Takie, które nie tyle się ogląda, ile przeżywa. Tak, brzmi jak banał, bo o „Odysei” chyba już wszyscy powiedzieli wszystko.

Obraz, muzyka, scenografia, montaż i skala widowiska nie rywalizują tutaj o naszą uwagę, lecz współtworzą jedno doświadczenie. Można się zapomnieć – to wręcz wskazane! Zostaje czyste poczucie obcowania z czymś wielkim, stworzonym z myślą o ogromnym ekranie i zbiorowym przeżyciu.

Nie chcę pisać klasycznej recenzji ani rozliczać filmu scena po scenie, bo to zapewne już czytaliście i słyszeliście. Nie interesuje mnie wystawianie ocen za tempo, zgodność z Homerem ani stopień wykorzystania poszczególnych bohaterów.

„Odyseja” jest dla mnie ciekawsza jako zjawisko. Jako 13. film reżysera, który po raz kolejny przekonał Hollywood, że publiczność wciąż można zaprosić do kina nie kolejnym numerem w tytule, lecz nazwiskiem twórcy.

Nolan to najlepszy reżyser na świecie

Już dziś jestem pewny, że niektóre sceny z „Odysei” przejdą do historii kina. Spotkanie z cyklopem ma w sobie pierwotny lęk, jakby Nolan na chwilę przestał opowiadać mit i próbował dotknąć samego źródła wszelkiego zła.

Koń trojański również jest przecież obrazem, który znamy od dzieciństwa. Widzieliśmy go w filmach, serialach, animacjach, książkach, grach komputerowych i szkolnych podręcznikach. Ale takiego konia trojańskiego nie widzieliście! Nolan sprawił, że po raz pierwszy czujemy jego ciężar, skalę i złowrogą obecność.

„Odyseja” nie jest najlepszym filmem w dorobku Nolana, ale na pewno jest bardzo aktualny i potrzebny

Na tym polega jedna z jego największych umiejętności. Potrafi odbierać znanym symbolom ich muzealny charakter. W jego rękach historia nie wygląda jak ilustracja z albumu ani rekonstrukcja przygotowana z obowiązku. Staje się czymś fizycznym, niepokojącym i aktualnym.

Wojna trojańska nie jest odległym epizodem z mitologii, ale doświadczeniem ludzi, którzy wracają z niej zmienieni, okaleczeni i niezdolni do powrotu do dawnego życia. Przestają być ludźmi.

W „Odysei” naprawdę czułem, że obcuję z czymś ponadczasowym. Nie tylko dlatego, że punktem wyjścia jest poemat, który powstał ok. 3000 lat temu. Chodzi raczej o sposób, w jaki Nolan wydobywa z niego rzeczy wciąż bliskie współczesnemu człowiekowi: tęsknotę za domem, strach przed utratą własnej tożsamości, ciężar decyzji, poczucie winy i pytanie, czy z każdej podróży da się wrócić.

To nie jest film nakręcony pod chwilową modę, internetową dyskusję ani szybki sukces na platformie streamingowej. „Odyseja” nie sprawia wrażenia produktu, którego najważniejszym zadaniem jest zatrzymanie widza przez pierwsze kilka minut.

Jest widowiskiem zrobionym z przekonaniem, że kino może wymagać cierpliwości, skupienia i podporządkowania się rytmowi narzuconemu przez autora. Nolan wierzy, że widz nie musi co chwilę dostawać nagrody. Może przez chwilę błądzić razem z bohaterem.

Göransson to mag dźwięku

Ogromną rolę odgrywa w tym muzyka Ludwiga Göranssona. Po „Tenet” i „Oppenheimerze” kompozytor ponownie stworzył ścieżkę dźwiękową, która nie jest tylko dodatkiem. Ona film napędza, nadaje mu rytm i sprawia, że nawet spokojniejsze sceny wydają się częścią większego, nieuchronnego ruchu.

Göransson rozumie, że u Nolana muzyka nie powinna grzecznie czekać na swoją kolej. Ma wdzierać się w obraz, zagłuszać racjonalne myślenie, budować napięcie, jeszcze zanim wydarzy się coś niebezpiecznego. W „Odysei” brzmi czasem jak echo dawnego świata, a chwilę później, jak dźwięk nadciągającej katastrofy. Jest surowa, dudniąca, chwilami wręcz przytłaczająca. Dokładnie taka, jaka powinna być w takim filmie.

Ludwig Göransson /Fot. Spotify

Co ważne, Göransson nie próbuje udawać Hansa Zimmera. Nie kopiuje muzyki z „Incepcji”, „Mrocznego Rycerza” czy „Interstellar”. Wspólnie z Nolanem stworzył osobny język. Bardziej nerwowy, pulsujący i nieprzewidywalny.

Kiedy obraz i dźwięk łączą się w najlepszych scenach, trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy dzieło stworzone przez ludzi całkowicie przekonanych o sensie kina. Nie „treści”, nie kolejnego tytułu w katalogu, ale właśnie kina jako sztuki wielkiego obrazu, dźwięku i emocji przeżywanych razem z obcymi ludźmi siedzącymi z nami w ciemnej sali.

Mit ma wiele twarzy

Nie przeszkadza mi również casting, który jeszcze przed premierą wywoływał wiele dyskusji. Tak niestety bywa coraz częściej. Każda decyzja obsadowa jest dzisiaj komentowana, często przez tych, co nigdy nie zobaczą filmu. W przypadku „Odysei” było tych kontrowersji wyjątkowo wiele. Czarnoskóra Helena, łysy Menelaos, no i Elliot Page…

Moim zdaniem casting w „Odysei” jest trafiony, nie mam się czego przyczepić

Tyle że nie istnieje jedna obowiązująca wizja Odyseusza, Penelopy, Ateny czy Telemacha. Nie ma historycznych fotografii, z którymi można porównać aktorów. Są opowieści, interpretacje i wyobrażenia zmieniające się przez stulecia. Każda epoka bierze mity i układa je na nowo, ponieważ właśnie na tym polega ich żywotność. Gdyby można je było opowiadać tylko w jeden sposób, dawno stałyby się martwymi eksponatami.

Ważniejsze jest dla mnie to, czy aktorzy pasują do świata stworzonego przez reżysera i czy ich obecność pomaga wydobyć sens historii. W „Odysei” tak właśnie jest.

Nolan nie organizuje przecież konkursu na najwierniejszą rekonstrukcję ilustracji z podręcznika. Opowiada o ludziach wracających z wojny, o rodzinie czekającej na człowieka, którego być może już nie ma, oraz o bohaterze zbyt długo karmionym własną legendą.

W tej perspektywie spory o casting wydają mi się drugorzędne. „Odyseja” nie musi potwierdzać naszych wcześniejszych wyobrażeń. Powinna stworzyć własne. I robi to z ogromną siłą.

Reżyser większy od franczyzy

„Odyseja” jest kolejnym dowodem na wyjątkową pozycję Nolana we współczesnej popkulturze. To jeden z ostatnich reżyserów, których nazwisko jest większą marką niż tytuł filmu. Widzowie nie muszą dokładnie wiedzieć, o czym będzie jego kolejne dzieło. Wystarczy informacja: „nowy Nolan”.

Christopher Nolan (po lewej) podczas kręcenia „Odysei”

Taka sytuacja staje się w Hollywood coraz rzadsza. Studia panicznie boją się nowych pomysłów. Wolą wracać do znanych bohaterów, światów i logotypów, bo łatwiej sprzedać coś, co widz już rozpoznaje.

Powstają kolejne sequele, prequele, spin-offy, restarty oraz aktorskie wersje animacji. Nawet przeciętny film ma dziś zostawić uchyloną furtkę dla następnych części, serialu pobocznego albo rozszerzenia uniwersum.

Kino coraz częściej zaczyna przypominać sklep, w którym najważniejsze jest znajome opakowanie. Możemy wybrać nowy wariant produktu, ale logo powinno pozostać to samo.

W tym systemie reżyser bywa wykonawcą zatrudnionym do sprawnego zarządzania marką. Ma dostarczyć materiał na czas, nie naruszyć zbyt mocno ustalonej formuły i pozostawić po sobie elementy, które będzie można wykorzystać w kolejnych produkcjach.

Kolejny film Nolana najwcześniej za 3 lata

Nolan funkcjonuje inaczej. Owszem, przez lata budował swoją pozycję także dzięki Batmanowi. Zrobił jednak coś niezwykle trudnego: wykorzystał wielką franczyzę, aby samemu stać się franczyzą.

Dzisiaj nie trzeba dopisywać do jego filmu znajomego superbohatera ani obiecywać całego uniwersum. To Nolan jest marką. To jego nazwisko gwarantuje wydarzenie. Sam Matt Damon opowiadał, że gdy Nolan zadzwonił do niego z propozycją głównej roli, zgodził się bez wahania. Dopiero później aktor zapytał, jaki film będą kręcić razem.

Nawet gdy Nolan bierze na warsztat historię znaną wcześniej – Batmana, ewakuację Dunkierki, biografię Roberta Oppenheimera czy poemat Homera – pozostaje autorem rozpoznawalnym niemal od pierwszych minut.

Interesują go czas, pamięć, obsesja, poczucie winy, cena poświęcenia i człowiek próbujący narzucić rzeczywistości własny porządek. Zmieniają się epoki oraz dekoracje, ale powracają podobne pytania.

Bohaterowie Nolana zwykle są przekonani, że wystarczająco skomplikowany plan pozwoli im zapanować nad światem. Budują maszyny, konstruują sny, opracowują strategie, wpływają na entropię albo próbują wygrać z czasem. Prędzej czy później odkrywają jednak, że największego problemu nie da się rozwiązać równaniem. Największym problemem pozostaje człowiek.

Razem w nieznane

„Oppenheimer” był oparty na biografii i wydarzeniach historycznych. „Odyseja” wyrasta z jednego z fundamentów europejskiej kultury. W obu przypadkach Nolan bierze historię, której najważniejsze punkty są już znane, a następnie rozkłada ją na części i składa według własnych zasad.

To nie jest zarzut. Właśnie w kontakcie z opowieściami istniejącymi wcześniej widać, jak silnym jest autorem. „Oppenheimer” mógł przecież stać się grzecznym filmem biograficznym, prowadzącym widza od dzieciństwa bohatera do najważniejszego osiągnięcia.

Nolan zrobił z niego moralny thriller, dramat sądowy, opowieść o ambicji i film grozy o człowieku, który zrozumiał konsekwencje własnego sukcesu dopiero wtedy, gdy nie mógł już go cofnąć. Podobnie postępuje z Homerem.

Nie interesuje go zwykłe przeniesienie kolejnych przygód Odyseusza z tekstu na ekran. Szuka w micie własnych tematów i obsesji. Dlatego „Odyseja” jest jednocześnie bardzo stara i całkowicie nolanowska.

Mimo to podczas takich filmów znamy ogólny punkt dojścia. Wiemy, że projekt Manhattan zakończy się próbą bomby atomowej. Wiemy, że Odys wróci do Itaki. Reżyser może zmieniać perspektywę, konstrukcję i akcenty, ale porusza się po terenie, którego granice zostały wcześniej wyznaczone.

Tęsknię za Nolanem, który sam rysuje mapę. Za filmem, przy którym nie znamy celu podróży, ponieważ wcześniej nikt jeszcze tam nie dotarł.

Chcę znowu niczego nie rozumieć

Jestem wielkim fanem „Tenet”. Wiem, że dla wielu widzów to jeden z najbardziej zagmatwanych, a może nawet najbardziej irytujących filmów Nolana. Zarzucano mu niezrozumiałe dialogi, emocjonalny dystans oraz konstrukcję wymagającą niemal robienia notatek.

Do tego trafił do kin w najgorszym możliwym momencie, gdy pandemia zachwiała całym rynkiem i zmieniła nasze przyzwyczajenia.

Wszystkie te zarzuty rozumiem. Jednocześnie właśnie takiego kina mi brakuje.

„Tenet” był ryzykiem. Wielkim, drogim widowiskiem opartym na pomyśle, którego nie dało się łatwo streścić i podpiąć pod znaną markę. Nie było komiksem, biografią, adaptacją powieści ani kolejną częścią popularnej serii. Nolan nie mógł liczyć na przywiązanie widzów do bohaterów. Musiał sprzedać publiczności samą ideę.

„Tenet” to jeden z najbardziej niedocenianych filmów ostatnich lat

Nie prowadził przy tym widza za rękę. Rzucał go w sam środek świata, w którym przyczyny i skutki mogły poruszać się w przeciwnych kierunkach. Oglądanie „Tenet” przypominało próbę złożenia urządzenia bez instrukcji, przy czym połowa części poruszała się wstecz. Nie każdy miał ochotę podejmować taki wysiłek. Ja właśnie za tę bezczelność cenię ten film.

Nie uważam, że obowiązkiem kina jest bycie zagadką. Nie każdy film trzeba oglądać trzy razy, a później szukać w Internecie godzinnego wyjaśnienia osi czasu. Czasami jednak dobrze trafić na dzieło, które nie zostało w pełni oswojone jeszcze przed seansem. Na historię, wobec której widz przez dłuższy czas pozostaje bezradny.

Podobne uczucie towarzyszyło mi przy „Incepcji”. Film opowiadał o włamywaniu się do snów, ale pod fantastycznym pomysłem skrywał historię człowieka, który nie potrafił uwolnić się od poczucia winy. Konstrukcja była skomplikowana, lecz emocjonalny rdzeń pozostawał prosty i zrozumiały. Cobb nie chciał zmienić świata. Chciał wrócić do dzieci.

Z kolei „Interstellar” połączył teorię względności, czarne dziury, katastrofę klimatyczną i podróże międzygwiezdne z opowieścią o rodzicu, który obiecał córce, że wróci. Nolan zabrał nas na kraniec wszechświata, żeby ostatecznie opowiedzieć o czasie utraconym przez najbliższych.

To właśnie dlatego sekwencja oglądania wiadomości wysyłanych przez rodzinę uderza mocniej niż najbardziej efektowna podróż przez kosmos.

Czarną dziurę „zobaczyliśmy” po raz pierwszy dzięki „Intestellar”

To właśnie te „oryginalne” historie uważam za najciekawsze w dorobku Nolana. Nie chciałbym przy tym, żeby Nolan wracał do własnych sukcesów. Nie potrzebuję „Incepcji 2”, kontynuacji „Interstellar”, a historię Batmana przecież przejął już Matt Reeves.

Siła tych filmów polega również na tym, że pozostawiają niedopowiedzenia. Dopisywanie ciągu dalszego mogłoby zamienić je w towar, przed którym kino Nolana tak długo się broniło.

Znacznie bardziej interesuje mnie coś całkowicie nowego. Kolejna obsesja, nowa konstrukcja czasu, inny rodzaj świata i bohater, którego problemu nie potrafimy jeszcze przewidzieć. Film, którego pierwsza zapowiedź nie wyjaśni właściwie niczego, a pojedyncze zdjęcia z planu wywołają więcej pytań niż odpowiedzi.

Chciałbym znowu znaleźć się w sytuacji, w której jedynym punktem odniesienia jest nazwisko reżysera. Bez historycznej postaci, klasycznego tekstu i kulturowej instrukcji obsługi.

Człowiek, który może wszystko

Paradoks polega na tym, że dziś Nolan ma większą swobodę niż prawdopodobnie jakikolwiek inny reżyser pracujący za hollywoodzkie pieniądze. „Oppenheimer” pokazał, że trzygodzinny film o fizyku, polityce, odpowiedzialności i budowie bomby atomowej może stać się globalnym fenomenem.

Słynny „Barbenheimer”, który początkowo wyglądał jak internetowy żart, przypomniał branży, że dwa bardzo różne filmy mogą wspólnie zmienić premierowy weekend w popkulturowe święto.

„Odyseja” potwierdza natomiast, że publiczność nadal chce wielkich widowisk realizowanych z myślą o ogromnym ekranie.

W czasach, gdy film szybko staje się prostokątem na ekranie telefonu, Nolan uparcie przypomina, że rozmiar ma znaczenie. Jego premiery są wyprawami do kina, a nie tylko kolejnymi pozycjami do odhaczenia na liście streamingu.

Reżyser znajduje się więc w miejscu, w którym naprawdę może zrobić wszystko. Dosłownie. Wytwórnia zapewne zgodziłaby się sfinansować nawet jego film o człowieku czytającym instrukcję obsługi pralki, gdyby tylko usłyszała, że instrukcja będzie czytana w trzech liniach czasowych, a urządzenie tak naprawdę będzie skrywało szkatułkowy wszechświat.

To wyjątkowy przywilej, ale również szansa. Nolan może dziś zaproponować widzom pomysł, którego żaden mniej znany twórca nie zdołałby przepchnąć przez system. Może stworzyć widowisko, którego nie da się łatwo porównać z niczym innym. Może wykorzystać zaufanie publiczności, żeby ponownie rzucić ją na głęboką wodę.

Panie Nolan, postraszyłeś nas cyklopem, co dalej?

Na taki projekt przyjdzie nam jednak długo poczekać. Nolan zapowiedział, że jego następny film powstanie najwcześniej za trzy lata. Przyznał również, że realizacja „Odysei” wystawiła na próbę wytrzymałość jego i całej ekipy. Trudno się dziwić, że po tak ogromnym przedsięwzięciu potrzebuje przerwy.

Po „Odysei” Nolan nie musi już niczego udowadniać. Pokazał, że potrafi zmienić poemat sprzed niemal trzech tysięcy lat w kino żywe, potężne i współczesne. Stworzył audiowizualną perełkę oraz obrazy, które pozostaną z nami na długo.

Teraz mam tylko jedno życzenie. Niech następnym razem nie sięga po historię, której zakończenie już znamy. Niech wypłynie poza horyzont i dowiezie nam opowieść, o której nie śniliśmy nawet w cudzych snach.

To również warto przeczytać!

Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że nie trzeba żyć pod ziemią, żeby mieszkać w silosie i polecam lekturę felietonu, w którym pytam, kiedy do cholery zobaczymy nowego Bonda.

Jeśli zaś podobała Ci się „Odyseja” Nolana, oto 10 innych filmów, które mogą wywołać podobne emocje.

Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.

Marcepan

Najnowsze artykuły

Gra Bethesdy na Switch 2 pod znakiem zapytania. Niepokojące wieści

Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…

10 października 2026

Xbox zasypie graczy premierami! 40 gier w jednym tygodniu

Nadchodzący tydzień na Xbox przyniesie gry ze znanych serii, rodzinne przygody i produkcje dostępne w…

10 października 2026

Twierdza 4 wraca do korzeni! Nowe demo ogracie za darmo

Twierdza 4 dostała nowe demo na Steam. Można sprawdzić fragment zamkowego życia, a to dopiero…

10 października 2026

Steam Deck ułatwi życie graczom! Trwają testy przydatnej zmiany

Steam Deck dostał aktualizację testową, która zdejmie z graczy jeden z obowiązków przy uruchamianiu gier.…

10 października 2026

GTA 6 na Nintendo Switch 2? Padła pierwsza odpowiedź. Nie wszystko jest takie oczywiste

Czy GTA 6 trafi na Nintendo Switch 2? Przedstawicielka Nintendo po raz pierwszy odniosła się…

10 października 2026

PS5 zmieni menu główne! Sony wprowadzi tam coś zaskakującego

Sony szykuje nietypową zmianę w menu głównym PS5. Tym razem nie chodzi o gry, a…

10 października 2026