Robert Downey Jr. wraca jako Doctor Doom, Ryan Gosling wsiada na płonący motocykl, a David Jonsson odziedziczy po T’Challi kostium Czarnej Pantery. Marvel sięga po gwiazdy, nostalgię i nowe otwarcia jednocześnie.
Spis treści
Nie ma bardziej wymownego obrazu obecnej sytuacji Marvela niż Robert Downey Jr. zdejmujący maskę Doctora Dooma. Aktor, którego Tony Stark zbudował MCU, wraca teraz jako człowiek mający je zniszczyć – i prawdopodobnie przy okazji uratować.
Punktem zwrotnym ma być nadchodzący „Avengers: Doomsday”. Downey nie zagra w nim kolejnej wersji Iron Mana (przynajmniej według oficjalnych zapowiedzi), lecz Victora von Dooma.
To pomysł jednocześnie fascynujący i desperacki. Fascynujący, bo twarz największego bohatera Marvela staje się twarzą jego nowego wielkiego złoczyńcy. Desperacki, bo studio ewidentnie liczy, że widok Downeya przywróci publiczności emocje, których przez ostatnie lata coraz częściej brakowało.
To jeszcze nie jest wielki powrót, ale po raz pierwszy od dawna uwierzyłem, że może to uniwersum da się uratować.
Doctor Doom z krwi i kości
Może się udać. Pod jednym warunkiem: to musi być dobry film, a nie tylko zbieranina największych gwiazd. Downey musi zagrać Dooma, a nie Tony’ego Starka po przejściach i ze złym charakterem.
Doctor Doom nie potrzebuje nostalgii, lecz majestatu, inteligencji i przekonania, że tylko on potrafi naprawić świat. Jak kiedyś Thanos. Jeśli film wykorzysta znajomą twarz po to, by widz poczuł się nieswojo, casting okaże się błyskotliwy.
Jeżeli zaś cała sztuczka sprowadzi się do mrugania okiem i pytań w rodzaju: „czy Iron Man naprawdę stał się zły?”, „czy zostały w nim okruchy dobra?”, będzie to najdroższy plaster przyklejony na kryzys pomysłów.
Warto zresztą pamiętać, że „Doomsday” jest już drugim pomysłem na piątą część „Avengers”. Pierwotnie film miał nosić tytuł „The Kang Dynasty” i budować wielki finał wokół Kanga.
Marvel przez kilka produkcji przedstawiał kolejne warianty tej postaci, ale zamiast nowego Thanosa dostał coraz bardziej skomplikowaną obietnicę przyszłego zagrożenia. Po chłodnym przyjęciu „Ant-Man i Osa: Kwantomania” oraz rozstaniu studia z Jonathanem Majorsem cały plan legł w gruzach.
Doom nie wchodzi więc do perfekcyjnie zaprojektowanej historii. Wchodzi na plac budowy po poprzednim generalnym wykonawcy. Powrót Downeya oraz braci Russo, reżyserów „Infinity War” i „Endgame”, można odczytać jako ruch awaryjny: sprowadźmy ekipę, która ostatnim razem dowiozła gigantyczny sukces. I zapewne dokładnie tym jest.
Tyle że ruch wykonany ze strachu nie musi automatycznie być ruchem złym. Czasem panika zmusza wielką korporację do przypomnienia sobie, o co właściwie w tym biznesie chodzi.
Co właściwie popsuło się po „Endgame”?
Łatwo powiedzieć, że publiczność zmęczyła się superbohaterami. To wygodne wytłumaczenie, ponieważ zdejmuje odpowiedzialność ze studiów: filmy nie są gorsze, po prostu widzowie przestali lubić peleryny. Tyle że jest inaczej.
Gdy pojawiały się dobrze przyjęte widowiska, takie jak „Strażnicy Galaktyki: Volume 3”, „Deadpool & Wolverine” czy „Batman” Matta Reevesa, publiczność jakoś odzyskiwała energię. Nie zmęczyliśmy się superbohaterami. Zmęczyliśmy się filmami bez pomysłów. Odcinaniem kuponów. Produkcjami, które zachowują się jak zwiastuny następnych filmów.
Po „Endgame” Marvel znalazł się w sytuacji paradoksalnej. Z jednej strony osiągnął apogeum: przez jedenaście lat nauczył masową publiczność śledzić jeden filmowy serial rozpisany na dziesiątki godzin. Z drugiej – zakończył historię najważniejszych postaci i stracił naturalne centrum całego uniwersum.
Tony Stark nie żył, Steve Rogers odszedł, Natasha Romanoff zginęła, a Thor, Hulk i Hawkeye znaleźli się na obrzeżach głównej opowieści.
Studio odpowiedziało ekspansją. Zamiast kilku nowych filarów pojawiły się dziesiątki nowych bohaterów. Chyba żaden nie okazał się trafiony. Filmy zaczęły łączyć się z serialami Disney+, seriale zapowiadały kolejne seriale, a sceny po napisach przedstawiały postacie, które nigdy później nie wracały.
Shang-Chi miał zostać jednym z nowych liderów MCU, lecz po debiucie długo pozostawał bez własnej kontynuacji. „Eternals” otworzyli kosmiczną historię, której dalszy ciąg rozpłynął się w niejasnych planach. Do tego doszli Moon Knight, She-Hulk, Ms. Marvel, Kate Bishop, Ironheart czy Echo. Kolejne twarze czekające na swoje miejsce przy coraz większym stole.
Problemem nie było to, że wszystkie te produkcje okazały się złe. Niektóre, jak „WandaVision” czy „Loki”, należą do najciekawszych rzeczy zrealizowanych pod szyldem MCU. Problem w tym, że całość przestała mieć rytm.
W pierwszych fazach widz wiedział, kim są główni gracze i dokąd mniej więcej zmierza rozgrywka. Po „Endgame” dostał kilkanaście równoległych początków, z których żaden nie wiedział, co dalej. Z seansu wychodziło się nie z pytaniem „co dalej?” Dawna przyjemność zamieniła się w obowiązek.
Skoro obejrzałem już tyle filmów, to szkoda, żebym odpuścił nowy. Za dużo tego wszystkiego. Trzeba było pilnować wariantów, linii czasowych, nowych organizacji oraz postaci pojawiających się na chwilę tylko po to, aby zostawić wizytówkę.
Spektakularną ceną tej strategii były wyniki „Marvels”, najgorzej zarabiającego filmu w historii MCU. Nie dlatego, że sama porażka jednego tytułu przesądza o kondycji całej marki. Była jednak sygnałem, że logo Marvela przestało automatycznie sprzedawać bilety. To zabrzmi brutalnie, ale nawet Brie Larson nie uratowała tego filmu. Nie dało się tego oglądać.
Ryan Gosling nie wygląda źle
Ryan Gosling zagra Ghost Ridera w osobnej produkcji planowanej na 2028 r. Za kamerą stanie Shawn Levy. To wiadomość z rodzaju tych, które jeszcze niedawno funkcjonowałyby jako życzeniowy casting krążący po mediach społecznościowych, a dziś stają się faktem.
Gosling pasuje do Ghost Ridera niemal podejrzanie dobrze. Potrafi być magnetyczny, zabawny i autoironiczny, ale równie przekonująco gra człowieka zamkniętego w sobie, zmęczonego i noszącego w środku coś niebezpiecznego.
„Drive” i „Blade Runner 2049” udowodniły, że aktor nie potrzebuje nawet wiele mówić. Ghost Rider, płonący mściciel przemierzający noc na motocyklu, potrzebuje właśnie kogoś, kto nie zamieni go w kolejną maszynę do dowcipów jak swego czasu Nicolas Cage.
Ten wybór wydaje się zgodny z wyobrażeniami widzów, a jednocześnie nie jest całkowicie oczywisty. Gosling ma status wielkiej gwiazdy, lecz dotąd skutecznie omijał obowiązkową służbę w filmowym uniwersum superbohaterów.
Angażując go, Marvel nie wyciąga aktora z własnego zaplecza, lecz sprowadza kogoś, kto może przyciągnąć także publiczność niezainteresowaną kolejną fazą MCU. Moim zdaniem to bardzo dobry ruch.
I tutaj pojawia się prawdziwy test. Marvel nie uratuje Ghost Ridera samym nazwiskiem Goslinga. Musi pozwolić temu filmowi być mrocznym, nadnaturalnym i trochę nieprzyjemnym. Duch Zemsty nie powinien brzmieć jak kolejna przygoda Ant-Mana, tylko pachnieć benzyną, siarką i horrorem.
Shawn Levy umie robić sprawne, widowiskowe kino dla szerokiej publiczności. „Deadpool & Wolverine” przyniósł Marvelowi ogromny sukces, ale równocześnie był pomnikiem wystawionym nostalgii, cameo i znajomości dawnych franczyz.
„Ghost Rider” będzie wymagał czegoś bardziej wyrazistego niż bezpieczna mieszanka akcji, humoru i gościnnych występów. To się może udać, zwłaszcza że wciąż nie wiemy, co z filmem o Blade’ie.
„Ghost Rider” nie musi być kolejnym etapem przygotowań do „Avengers”. Może być satanistycznym westernem, horrorem drogi albo opowieścią o człowieku skazanym na wymierzanie kary.
Powinniśmy chcieć obejrzeć ten film dlatego, że to Gosling zagra motocyklistę z płonącą czaszką, a nie dlatego, że w trzecim akcie pojawi się portal prowadzący do Doctora Strange’a.
Czarna Pantera z szacunkiem dla Chadwicka Bosemana
Jeszcze ciekawszy jest kierunek obrany przez „Black Panther III”. David Jonsson zagra dorosłego syna T’Challi, przedstawionego pod koniec „Wakanda Forever” jako Toussaint, noszącego także wakandyjskie imię T’Challa. Film Ryana Cooglera ma trafić do kin 15 grudnia 2028 r.
To oznacza, że Marvel nie obsadzi ponownie T’Challi, granego wcześniej przez Chadwicka Bosemana. Zamiast udawać, że nic się nie wydarzyło, pozwoli jego dziedzictwu przejść na kolejne pokolenie.
Uważam, że to dobra decyzja – nie dlatego, że rola T’Challi powinna zostać na zawsze zamknięta w gablocie, ale dlatego, że Jonsson nie będzie zmuszony naśladować Bosemana. Zagra innego człowieka, obciążonego tym samym imieniem.
W takim rozwiązaniu tkwi znakomity konflikt. Młody T’Challa odziedziczy legendę ojca, której sam właściwie nie współtworzył. Wakanda może oczekiwać od niego króla, wojownika i symbolu, zanim zdąży dowiedzieć się, kim chce być.
To znacznie ciekawsze niż zwyczajna wymiana aktora i kontynuowanie historii tak, jakby śmierć Bosemana była tylko problemem produkcyjnym.
Jednocześnie decyzja Marvela nie powinna być przedstawiana jako jedyne moralnie słuszne rozwiązanie. T’Challa jest postacią większą niż jeden aktor i część widzów słusznie zauważa, że rezygnacja z ponownego obsadzenia roli odbiera temu bohaterowi możliwość przeżycia wielu ważnych komiksowych historii.
Boseman uczynił T’Challę ikoną, ale przecież sam prawdopodobnie nie chciałby, aby Czarna Pantera zniknęła z kultury razem z nim. Marvel próbuje pogodzić obie racje: nie zastępować Bosemana wprost, a jednocześnie zachować imię T’Challa i ciągłość dynastii.
To elegancki kompromis, choć niesie ryzyko. Jeśli dorosły syn T’Challi pojawi się dzięki skokowi w czasie albo multiwersowej reorganizacji świata po „Secret Wars”, może sprawiać wrażenie postaci wyhodowanej na potrzeby franczyzy.
Jeszcze ważniejsze będzie potraktowanie Shuri. To ona przejęła rolę Czarnej Pantery w „Wakanda Forever”, przechodząc własną drogę przez żałobę, gniew i odpowiedzialność. Odsunięcie jej tylko po to, by tron oraz kostium natychmiast przekazać męskiemu potomkowi T’Challi, byłoby krokiem wstecz. Nowy bohater powinien wejść w relację z Shuri, a nie wymazać jej znaczenie.
Mimo to wybór Jonssona jest obiecujący. W „Alien: Romulus” aktor pokazał, że potrafi stworzyć postać kruchą, nieoczywistą i bardziej ludzką niż otaczające ją widowisko. Nie ma w sobie pomnikowej oczywistości ekranowego następcy. I bardzo dobrze.
Nowa Czarna Pantera nie powinna wyglądać jak produkt działu sukcesji, lecz jak człowiek, który dopiero musi udowodnić, czy uniesie pozostawione mu imię.
Największym atutem projektu pozostaje Ryan Coogler. Oba filmy o Wakandzie miały własną tożsamość, polityczny temperament i emocjonalny ciężar odróżniający je od reszty MCU. Nawet nierówne „Wakanda Forever” było prawdziwą opowieścią o żałobie, a nie tylko przystankiem przed kolejnym crossoverem. Powrót Cooglera daje nadzieję, że całość pozostanie spójna.
Wielkie nazwiska to jeszcze nie strategia
Downey, Gosling i Jonsson brzmią jak początek udanej odbudowy, lecz żadna lista aktorów nie rozwiązuje zasadniczego problemu Marvela. MCU nie osłabło dlatego, że zabrakło w nim popularnych gwiazd. Osłabło, ponieważ przestało przekonywać widza, że każdy film jest wydarzeniem wartym jego czasu.
Hollywood bardzo lubi odpowiadać na kryzys zaufania jeszcze większą skalą. Skoro widzowie nie przyszli na ostatni film, w następnym trzeba zgromadzić więcej bohaterów, więcej znanych twarzy i więcej nawiązań. Tymczasem crossover działa tylko wtedy, gdy wcześniej zależy nam na spotykających się postaciach.
„Avengers” z 2012 r. nie było sukcesem dlatego, że na ekranie stało 6 osób w kostiumach. Było sukcesem, bo każda z nich miała czytelną osobowość, a ich spotkanie wywoływało ekscytację.
Po „Endgame” Marvel pominął etap budowania relacji. Wprowadzał bohaterów, po czym odkładał ich na półkę, zakładając, że sam fakt przynależności do MCU zapewni im znaczenie. W „Doomsday” ma się spotkać imponująca liczba drużyn i postaci, ale samo zdjęcie obsady nie stworzy emocji.
Widz musi wiedzieć, kto jest sercem tej grupy, czego bohaterowie chcą i co mogą stracić. Thanos działał nie dlatego, że był fioletowy i potężny, lecz dlatego, że jego nadejście zamykało historie, które publiczność śledziła przez lata (Kamienie Nieskończoności).
Doctor Doom może spełnić podobną funkcję, ale nie powinien stać się gumką wymazującą chaos poprzednich faz. Jeśli „Doomsday” i „Secret Wars” posłużą wyłącznie do zresetowania osi czasu, przywrócenia zmarłych postaci i swobodnego przetasowania aktorów, Marvel pozbawi swoje historie ostatniej rzeczy, która nadaje im wagę: konsekwencji.
Multiwersum miało otworzyć nieskończone możliwości. Zbyt często otwierało tylko drogę ewakuacyjną.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że nie trzeba żyć pod ziemią, żeby mieszkać w silosie i polecam lekturę felietonu, w którym pytam, co Christopher Nolan zobaczył za horyzontem?
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.















Dodaj komentarz