Nikomu nie można ufać. Dlatego „Agencja” jest dziś potrzebna

Drugi sezon „Agencji” to opowieść o ludziach, którzy tak długo udają kogoś innego, aż przestają wiedzieć, czy pod zawodową legendą zostało jeszcze coś prawdziwego. W czasach politycznego chaosu, wojen prowadzonych cudzymi rękami i powszechnych fake newsów trudno o serial bardziej aktualny.

(Uwaga! Poniżej mogą być drobne spoilery dwóch sezonów „Agencji”)

„Agencja” jest najlepszym serialem szpiegowskim ostatnich lat, a być może i wszech czasów. Kropka.

Dlaczego? Nie ma tutaj wiele miejsca na zawodową fantazję, na zachwyt technologią ani na bohatera, który w pojedynkę przywraca światu porządek. Praca wywiadu wygląda jak zajęcie monotonne, wyczerpujące i moralnie podejrzane.

Większość czasu zajmują rozmowy, obserwacja, czekanie oraz próby zrozumienia ludzi, którzy od dawna przyzwyczaili się do kłamstwa. W „Agencji” bycie szpiegiem nie jest sexy.

Serial wymaga przy tym uwagi. Nie przypomina co kilka minut, kto komu podlega, czego chce i po której stronie stoi. Ba, wręcz chce, żebyśmy się w tym zagubili. Niektóre informacje nabierają znaczenia dopiero po kilku odcinkach. Nie zawsze od razu wiadomo, czy oglądana rozmowa jest szczera, pozorowana czy prowadzona z myślą o kimś, kto może jej słuchać.

„Agencja” to najlepszy serial szpiegowski ostatnich lat

Pierwszy sezon bywał z tego powodu krytykowany jako zbyt powolny. Rozumiem ten zarzut, ale drugi pokazuje, że tempo nie wynikało wyłącznie z upodobania twórców do prestiżowej telewizyjnej powagi. „Agencja” potrzebowała czasu, żeby zbudować relacje, zależności oraz rysy charakteru, które teraz zaczynają decydować o życiu wielu osób.

Drugi sezon jest lepszy, ponieważ poszczególne wątki nie sprawiają już wrażenia osobnych opowieści. Zdarzenia w Ukrainie, Iranie, Afryce i Londynie zaczynają tworzyć jeden układ.

Najważniejsze pozostaje jednak to, że za globalnymi operacjami zawsze stoi czyjaś bardzo prywatna decyzja. Ktoś się boi. Ktoś chce awansu. Ktoś próbuje uratować bliską osobę. Ktoś nie potrafi przyznać, że popełnił błąd.

Fassbender Martianem czy Martian Fassbenderem?

Największą siłą „Agencji” jest bez wątpienia Michael Fassbender. Łatwo byłoby napisać, że jest charyzmatyczny, powściągliwy i nieprzenikniony. Wszystko to prawda, ale nie mówi wszystkiego o jego Martianie.

Fassbender nie gra człowieka, który coś przed nami ukrywa. Gra człowieka, dla którego ukrywanie stało się podstawowym sposobem istnienia. Martian nie przełącza się po prostu między prawdą a kłamstwem. Każda wersja jego zachowania wydaje się częściowo prawdziwa, bo każda przez pewien czas była mu potrzebna.

Właśnie w tym miejscu „Agencja” przestaje być tylko thrillerem. Martian wraca z wieloletniej misji, lecz powrót nie oznacza odzyskania spokoju. Przełożeni oczekują, że porzuci przykrywkę jak zużyte ubranie. On tymczasem nie potrafi oddzielić zawodowej roli od człowieka, którym stał się podczas jej odgrywania.

Jego relacja z Samią nie jest jedynie zakazanym romansem. Stawia znacznie ciekawsze pytanie: czy uczucie, które narodziło się wewnątrz fałszywej tożsamości, może dać coś prawdziwego? A jeżeli może, to do kogo właściwie należy – do Brandona Colby’ego czy do wymyślonego Paula Lewisa?

Fassbender nie ma dla nas prostych odpowiedzi. Nawet kiedy Martian mówi prawdę, pozostaje w nim ślad zawodowej kalkulacji. Nawet kiedy manipuluje, można dostrzec prawdziwy lęk albo przywiązanie.

Aktor nie próbuje zdobywać sympatii widza. Nie łagodzi bohatera i nie usprawiedliwia jego decyzji. Pozwala mu być jednocześnie lojalnym, egoistycznym, zakochanym i niebezpiecznym.

Martian w wykonaniu Michaela Fassbendera jest genialny, dawno nie widziałem tak dobrze obsadzonej roli serialowej

Równie ważne jest to, że gra oszczędnie. Najciekawsze momenty często następują już po wypowiedzianej kwestii. Martian cały czas obserwuje otoczenie, ale drugi sezon coraz wyraźniej pokazuje, że sam również jest obserwowany.

Człowiek zawodowo odczytujący innych musi pilnować, aby nikt nie odczytał jego. Fassbender otrzymał rolę idealnie dopasowaną do swojego aktorstwa. Jego ekranowy chłód nigdy nie jest tutaj tylko „zagrany”. Jest systemem obronnym, który powoli przestaje działać.

Imperium na szczątkach informacji

Fassbender skupia uwagę, ale „Agencja” nie byłaby równie dobra bez pozostałych aktorów. Jeffrey Wright jako Henry potrafi być opiekuńczy i bezwzględny w tej samej scenie.

Richard Gere w roli Boska nie gra typowego szefa wywiadu. Jest spokojny, elegancki i prawie zawsze uprzejmy, dzięki czemu tym mocniej wybrzmiewa władza, którą dysponuje. Katherine Waterston pokazuje z kolei, jak wiele przemocy może mieścić się w zawodowej poprawności.

Niby serial pokazuje nam kulisy działania CIA, ale wciąż niewiele o tym wiemy

Serial dobrze rozumie mechanizm instytucji. CIA nie jest tutaj potężnym bytem realizującym jeden plan. To grupa ludzi o różnym poziomie wiedzy, różnych ambicjach i różnej odporności psychicznej. Jedni próbują ochronić agentów, inni przede wszystkim własne stanowiska. Każdy dysponuje tylko częścią informacji, a jednocześnie musi zachowywać się tak, jakby widział całość.

„Agencja” przekonująco pokazuje władzę. Nie jako umiejętność kontrolowania wszystkich wydarzeń, lecz jako prawo do podejmowania decyzji przy niepełnej wiedzy – i przerzucania ich konsekwencji na innych.

W drugim sezonie szczególnie ważny staje się temat sojuszy. Służby państw, które oficjalnie współpracują, w praktyce nieustannie próbują zdobyć nad sobą przewagę. Wspólny wróg nie usuwa sprzecznych interesów. Przyjaźń między instytucjami trwa dokładnie tak długo, jak długo jest korzystna dla obu stron.

I nie ma w tym ani krzty cynizmu. Jest ponura codzienność systemu, w którym zdrada może zostać uznana za przestępstwo albo za przejaw profesjonalizmu – zależnie od tego, kto na niej skorzystał.

I tutaj – bez pokazywania palcem – warto się zastanowić, czy podobnie nie jest w otaczającym nas świecie? Nie chodzi nawet o wszystkie napięcia geopolityczne, ale o informacyjny rollercoaster, który na zmianę oferuje nam coś wartościowego i dezinformacyjną bombę z opóźnionym zapłonem.

To coś więcej niż serial

Popularność seriali szpiegowskich nie jest przypadkowa. Ostatnie lata przyniosły „Kulawe konie”, „Dyplomatkę”, „Black Doves”, nową wersję „Dnia Szakala” i powrót „Nocnego recepcjonisty”. To świetne seriale. Każdy godny polecenia, każdy z oceną w moim prywatnym rankingu powyżej 7,5/10.

Każdy z tych tytułów odpowiada też na podobny niepokój: podejrzenie, że oficjalny obraz świata ma coraz mniej wspólnego z mechanizmami, które naprawdę decydują o jego kształcie.

Relacja Martiana i Samii jest tak bardzo nieprofesjonalna, a jednocześnie tak bardzo „ludzka”

„Agencja” robi to najlepiej, ponieważ nie zamienia tego podejrzenia w prostą teorię spiskową. Nie mówi, że gdzieś istnieje niewielka grupa ludzi kontrolujących wszystkie wydarzenia.

Pokazuje coś mniej widowiskowego, a bardziej prawdopodobnego: świat jest zarządzany przez wiele rywalizujących ośrodków, które same nie wiedzą wszystkiego, często popełniają błędy i próbują ukrywać je przed sobą nawzajem.

To serial epoki wojny hybrydowej. Państw korzystających z prywatnych armii i pośredników. Sojuszników prowadzących wobec siebie operacje. Politycznych deklaracji, za którymi kryją się negocjacje prowadzone poza społeczną kontrolą. Informacji produkowanych po to, by wpływać na decyzje innych, jakie informacje przekazywać dalej.

Twórcy nie próbują dopisywać do każdego odcinka komentarza o współczesnej polityce. Aktualność wynika z samej konstrukcji świata.

Ukraina, Iran, Sudan czy działalność najemników nie stanowią egzotycznego tła. Są częściami systemu, w którym lokalny konflikt może natychmiast stać się elementem rozgrywki kilku mocarstw.

Aktorsko „Agencja” to pierwsza liga, aż chwilami żal, że niektóre postacie nie dostają wystarczająco dużo czasu

Najbardziej współczesne jest jednak coś jeszcze: nikt nie może być pewien informacji, na podstawie których działa. Bohaterowie mają dostęp do technologii, agentów i rozbudowanych analiz, lecz nadal muszą interpretować ludzkie zachowania. Widzą coraz więcej, ale niekoniecznie rozumieją więcej.

W świecie pełnym danych przewagę zdobywa nie ten, kto zna wszystkie fakty. Ale ten, kto potrafi przekonać innych do własnej wersji faktów.

Potrzebujemy takich seriali

„Agencja” powstała na podstawie francuskiego „Biura szpiegów” (Le Bureau des Légendes), jednego z najważniejszych europejskich seriali ostatniej dekady. Jeżeli znacie „Biuro szpiegów”, „Agencja” może wręcz wydawać się jego kopią – przynajmniej pierwszy sezon.

Czy to oznacza, że doczekamy się aż pięciu sezonów „Agencji” (tyle miało „Biuro szpiegów”)? Nie wiem, ale mam taką nadzieję.

„Agencja” to tak naprawdę serial o tym, ile człowiek jest w stanie zrobić i poświęcić dla miłości. Nawet siebie samego

Adaptacja nie musi unieważniać oryginału, żeby mieć sens. Fassbender gra inaczej niż Mathieu Kassovitz, CIA funkcjonuje w innej kulturze instytucjonalnej niż francuska DGSE, a skala amerykańskiej polityki zmienia znaczenie wielu decyzji.

Drugi sezon coraz pewniej wykorzystuje te różnice. Bez spoilerów. Przede wszystkim przestaje wyglądać jak kosztowna anglojęzyczna kopia i zaczyna bronić się jako osobna opowieść.

„Agencja” nie jest ważna dlatego, że zdradza kulisy prawdziwego wywiadu. Nie wiemy, ile z tego obrazu odpowiada rzeczywistości, a ile jest dobrze napisaną fikcją. Jej wartość polega na czymś innym.

Serial traktuje poważnie związek między polityką a ludzką psychiką. Przypomina, że za strategiami państw stoją osoby zmęczone, przestraszone, ambitne albo zakochane. Że instytucje nie usuwają ludzkich słabości, lecz czasem tylko pozwalają lepiej je ukryć.

I że polityczne katastrofy nie zawsze zaczynają się od wielkich ideologii. Czasem wystarczy jedna decyzja podjęta przez kogoś, kto chce uratować człowieka albo samego siebie.

To również warto przeczytać!

Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że wszystkie drogi cyberpunku prowadzą do Chiby i polecam lekturę felietonu, w którym piszę, że czas opuścić muzeum Skywalkerów.

Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.

Marcepan

Komentarze

Najnowsze artykuły

Gra Bethesdy na Switch 2 pod znakiem zapytania. Niepokojące wieści

Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…

10 października 2026

Xbox zasypie graczy premierami! 40 gier w jednym tygodniu

Nadchodzący tydzień na Xbox przyniesie gry ze znanych serii, rodzinne przygody i produkcje dostępne w…

10 października 2026

Twierdza 4 wraca do korzeni! Nowe demo ogracie za darmo

Twierdza 4 dostała nowe demo na Steam. Można sprawdzić fragment zamkowego życia, a to dopiero…

10 października 2026

Steam Deck ułatwi życie graczom! Trwają testy przydatnej zmiany

Steam Deck dostał aktualizację testową, która zdejmie z graczy jeden z obowiązków przy uruchamianiu gier.…

10 października 2026

GTA 6 na Nintendo Switch 2? Padła pierwsza odpowiedź. Nie wszystko jest takie oczywiste

Czy GTA 6 trafi na Nintendo Switch 2? Przedstawicielka Nintendo po raz pierwszy odniosła się…

10 października 2026

PS5 zmieni menu główne! Sony wprowadzi tam coś zaskakującego

Sony szykuje nietypową zmianę w menu głównym PS5. Tym razem nie chodzi o gry, a…

10 października 2026