Gangster nigdy nie wychodzi z mody. Co najwyżej zmienia garnitur.
Spis treści
Już 3 września na Netfliksie wrócą „Dżentelmeni”, a Eddie Horniman i Susie Glass przeniosą swoje interesy z angielskiej prowincji nad włoskie jeziora. Trudno wyobrazić sobie bardziej malownicze miejsce do prowadzenia działalności, której raczej nie zgłasza się w urzędzie skarbowym.
Z kolei 21 września na SkyShowtime pojawi się drugi sezon „Strefy gangsterów” – znów z Tomem Hardym, Pierce’em Brosnanem i Helen Mirren uwikłanymi w rodzinno-kryminalną wojnę.
Co ciekawe, obie produkcje łączy Guy Ritchie – człowiek, który z brytyjskiego półświatka uczynił niemal osobny gatunek estetyczny. U niego przestępca nie napada na sklep w rozciągniętym dresie. On prowadzi skomplikowaną operację, pije drogi alkohol, zna różnicę między poszetką a chusteczką i potrafi wygłosić błyskotliwy monolog tuż przed tym, jak komuś stanie się coś bardzo nieprzyjemnego.
Powinniśmy się tych ludzi bać. Tymczasem czekamy na ich powrót. Dlaczego?
Na co dzień funkcjonujemy w rzeczywistości pełnej procedur, regulaminów i haseł do kont, których nie pamiętamy. Nic więc dziwnego, że fascynują nas ludzie żyjący według brutalnie prostych zasad.
Lojalność jest lojalnością. Zdrada jest zdradą. Dług trzeba spłacić. Rodziny należy bronić. Słowo ma znaczenie, choć zazwyczaj dlatego, że jego złamanie grozi spotkaniem z człowiekiem trzymającym łopatę.
Nie chcemy żyć w takim świecie. Chcemy jednak bezpiecznie zajrzeć do niego przez szybę.
Serialowy gangster spełnia więc podobną funkcję jak kolejka górska. Wsiadamy po dreszcz emocji, mając jednocześnie nadzieję, że konstrukcja została dobrze policzona.
Możemy na chwilę wyłączyć własny kompas moralny, bo wiemy, że po napisach wrócimy do mieszkania, pracy i przekonania, że jednak nie należy usuwać konkurencji za pomocą walizki, samochodu i pustego lasu.
Nie oszukujmy się: ogromną częścią fenomenu jest styl.
Gdyby Eddie Horniman z „Dżentelmenów” siedział w źle oświetlonym garażu i prowadził chaotyczne notatki w zeszycie, jego przestępcza kariera nie byłaby pociągająca.
Ale Eddie ma tytuł, posiadłość, samochody i ubrania skrojone tak dobrze, jakby krawiec potrafił dopasować marynarkę również do moralnego upadku właściciela. Kryminał zostaje opakowany w luksus, ironię i angielski szyk. Brudna działalność zyskuje czystą formę.
Finał pierwszego sezonu „Strefy gangsterów” zostawił nas z niezłym bajzlem… Ciekawe, jak go teraz posprzątają
Podobnie działa „Peaky Blinders”. Tommy Shelby nie byłby popkulturową ikoną, gdyby chodził w polarze i skarpetach do sandałów. Kaszkiet, płaszcz, papieros, charakterystyczna fryzura i powolny krok zrobiły dla romantyzacji przestępczości prawdopodobnie więcej niż wszystkie gangsterskie manifesty razem wzięte.
W pewnym momencie widz przestaje oglądać człowieka, który krzywdzi innych. Zaczyna oglądać figurę: samotnego wilka, stratega, władcę własnego losu.
Popkultura od dawna potrafi prać zło w estetycznej pralce. Michael Corleone zamyka drzwi gabinetu i jednocześnie drzwi do własnego sumienia, ale robi to w jednym z najpiękniejszych filmów w historii kina.
Tony Soprano jest brutalnym mafiosem, lecz poznajemy jego lęki w gabinecie terapeutki. Walter White z „Breaking Bad” produkuje narkotyki i zostawia za sobą kolejne ofiary, ale robi to z taką pomysłowością, że czasem łapiemy się na podziwianiu metody, zanim przypomnimy sobie o rezultatach.
Zło, kiedy jest brzydkie, budzi odrazę. Zło, dobrze napisane, zagrane i sfotografowane, zaczyna budzić ciekawość. A od ciekawości do sympatii jest niebezpiecznie blisko.
Myślę, że nie pociąga nas sama przemoc. Znacznie bardziej pociąga nas sprawczość.
Gangsterzy w serialach zwykle wiedzą, czego chcą. Nawet jeśli ich cele są potworne, przynajmniej są wyraźne. Zdobyć teren. Ochronić rodzinę. Pomścić krzywdę. Przejąć imperium. Nie mają kwartalnego spotkania poświęconego poszukiwaniu swojej misji. Mają misję od pierwszej sceny, a potem konsekwentnie zmierzają w jej stronę.
To niezwykle atrakcyjne dla widza żyjącego w epoce rozproszenia. W świecie, w którym potrafimy spędzić pół godziny na wybieraniu filmu, imponuje nam człowiek podejmujący decyzje w ułamku sekundy. Nawet jeżeli są to decyzje, po których ktoś powinien natychmiast zadzwonić na policję.
Kibicujemy gangsterom, bo podświadomie czujemy się „bezkarni” – to przecież tylko serial, tylko film…
Harry Da Souza ze „Strefy gangsterów” jest właśnie taką figurą. To „człowiek od rozwiązywania problemów”. A przecież któż z nas nie chciałby czasem być kimś, kto wchodzi do pokoju i natychmiast wie, co zrobić?
Oczywiście, najlepiej bez części dotyczącej zastraszania, szantażu i usuwania dowodów. Samą kompetencję chętnie jednak zabralibyśmy ze sobą.
Gangster jest więc mroczną wersją bohatera poradników motywacyjnych. Ma cel, dyscyplinę, sieć kontaktów, odporność na stres i imponujące umiejętności negocjacyjne. Tyle że zamiast sprzedawać kurs internetowy, przejmuje lokalny biznes.
Krystaliczny bohater jest moralnie bezpieczny, ale dramaturgicznie jest nieznośny. Jeśli zawsze postąpi właściwie, napięcie zniknie. Pozostaje tylko pytanie, czy zdąży uratować świat przed końcem odcinka. Najczęściej zdąży, bo podpisał kontrakt na następny sezon.
Tommy Shelby jest genialnie napisaną postacią, a Cillian Murphy wcielając się w niego zrobił wielką rzecz
Antybohater jest ciekawszy, ponieważ nie wiemy, którą część swojej natury wybierze. Tommy Shelby może być troskliwym bratem, straumatyzowanym weteranem, romantykiem i bezwzględnym przestępcą – czasem w ciągu jednego odcinka.
Nie kibicujemy mu dlatego, że uznajemy jego czyny za dobre. Kibicujemy mu, ponieważ rozumiemy emocje, które się za nimi kryją: gniew, ambicję, wstyd, potrzebę uznania, lęk przed słabością.
To bardzo ważna różnica. Zrozumienie bohatera nie jest jego uniewinnieniem.
Najlepsze opowieści gangsterskie właśnie na tej granicy budują swoją siłę. Pokazują człowieka, który początkowo ma powód, potem znajduje usprawiedliwienie, a na końcu nie potrzebuje już żadnego z nich.
Walter White długo powtarza, że robi wszystko dla rodziny. My chcemy mu wierzyć, bo to pozwala nam nadal mu kibicować. Dopiero później przyznaje, że robił to również dla siebie – bo był w tym dobry i czuł, że żyje.
To jeden z najbardziej niewygodnych momentów współczesnej popkultury, ponieważ odbiera wymówkę nie tylko bohaterowi, ale także widzowi.
Gangsterskie historie niemal zawsze opowiadają o rodzinie. To wyjątkowo skuteczny zabieg, bo rodzina potrafi nadać szlachetne brzmienie najbardziej nieszlachetnym działaniom.
Rodzina Soprano nie jest „zwyczajną” rodziną, ale gdyby była rodziną „idealną”, tak bardzo by nas nie pociągała
„Robię to dla bliskich” jest zdaniem, które popkultura przestępcza odmienia przez wszystkie przypadki. Rodzina daje bohaterowi ludzką twarz, ale daje też alibi.
Kiedy gangster zabija dla pieniędzy, jest bandytą. Kiedy robi to dla syna, brata albo matki, jest głową rodziny. Możemy po nim przejść na stronę bohatera, zanim zdążymy zauważyć, dokąd właściwie prowadzi.
W „Peaky Blinders” rodzinny interes bywa zarazem schronieniem i więzieniem. W „Rodzinie Soprano” domowe kłótnie sąsiadują z mafijnymi egzekucjami tak blisko, że jedno zaczyna tłumaczyć drugie.
W „Ojcu chrzestnym” rodzina jest wartością najwyższą, a jednocześnie siłą, która niszczy wszystko, co miała chronić. „Strefa gangsterów” również korzysta z tego mechanizmu: lojalność wobec rodu jest tam moralnością, religią i wyrokiem w jednym.
To chyba dlatego gangsterskie rodziny bywają dla nas bardziej interesujące niż zwyczajne. Przy niedzielnym stole nikt nie rozmawia wyłącznie o pogodzie. Każde spojrzenie może być deklaracją wojny, a pytanie o deser – próbą przejęcia władzy.
A może lubimy oglądać gangsterów, ponieważ wykonują za nas pewną pracę wyobraźni. Przekraczają granice, których sami przekroczyć nie chcemy. Mówią to, na co my sobie nigdy nie pozwolimy. Odpowiadają ciosem na upokorzenie, przejmują kontrolę, nie proszą o zgodę i nie martwią się, czy zostaną dobrze zrozumiani.
Są fantazją o życiu bez bezsilności.
Ale najlepsze produkcje nie pozwalają, żeby ta fantazja pozostała niewinna. „Rodzina Soprano”, „Breaking Bad”, „Ojciec chrzestny” czy „Peaky Blinders” prędzej czy później wystawiają rachunek. Pokazują, że władza izoluje, lojalność zmienia się w paranoję, a człowiek, który chce ochronić rodzinę za wszelką cenę, często sam staje się jej największym zagrożeniem.
Jeżeli serial o gangsterach kończy się wyłącznie zachwytem nad samochodami, garniturami i celnymi ripostami, jest reklamą stylu. Jeżeli po seansie zostaje z nami pytanie, dlaczego przez kilka godzin trzymaliśmy stronę potwora, wtedy zaczyna być czymś więcej.
We wrześniu znów zasiądziemy więc przed ekranami i będziemy patrzeć, jak Eddie Horniman rozwija przestępcze imperium, a Harry Da Souza brudzi sobie ręce za innych.
Zapewne znów złapiemy się na tym, że chcemy, aby im się udało. Nie dlatego, że marzymy o karierze w półświatku. Raczej dlatego, że gangsterzy są naszymi popkulturowymi sobowtórami po przejściu na ciemną stronę: pewniejszymi siebie, bardziej zdecydowanymi i całkowicie wolnymi.
A potem wyłączymy telewizor, sprawdzimy, czy zamknęliśmy drzwi, i z ulgą wrócimy do świata, w którym najbardziej bezwzględnym człowiekiem w okolicy jest administrator wspólnoty mieszkaniowej.
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że wszystkie drogi cyberpunku prowadzą do Chiby i polecam lekturę felietonu, w którym piszę, że nikomu nie można ufać.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.
Cyberleek grozi udostępnieniem grywalnej wersji GTA 6 jeszcze przed premierą. Deklaruje, że pliki pozwolą przejść…
Kiedy ogłoszono czwarty sezon "Teda Lasso", głęboko westchnąłem. Gdy dowiedziałem się, że Ted ma zaczynać…
Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…
Nadchodzący tydzień na Xbox przyniesie gry ze znanych serii, rodzinne przygody i produkcje dostępne w…
Twierdza 4 dostała nowe demo na Steam. Można sprawdzić fragment zamkowego życia, a to dopiero…
Steam Deck dostał aktualizację testową, która zdejmie z graczy jeden z obowiązków przy uruchamianiu gier.…