Kolejny film „Star Trek” od dekady jest w zawieszeniu, choć ta marka nigdy nie była tak żywa w serialach. Dlaczego? Czy jest jeszcze szansa na powrót ekipy Chrisa Pine’a?
Spis treści
Dziesięć lat to w popkulturze cała epoka. Wystarczająco długo, by zestarzały się mody, platformy i całe strategie wytwórni – a jednak za krótko, by człowiek przestał zerkać w kalendarz i pytać: dlaczego wciąż nie ma czwartej części „Star Treka” z Chrisem Pine’em? Czy kiedykolwiek jeszcze jej doczekamy?
Jeśli coś w tej historii jest najbardziej „trekowe”, to właśnie ten paradoks: uniwersum żyje, rozrasta się i eksperymentuje, ale wielki film – ten, który miał być kolejnym skokiem w nadświetlną – od dekady nie może dostać nawet zgody na start, o opuszczeniu orbity nawet nie mówiąc.
Trylogia Pine’a jak zamknięta całość
Warto to powiedzieć bez ironii: „Star Trek” J.J. Abramsa z 2009 r. był jednym z najlepszych reanimatorów popkultury XXI w. Film nie udawał, że robi wszystko od nowa „na poważnie”, ale też nie traktował materiału jak muzealnej gabloty.
Znalazł idealny punkt równowagi między mitem a tempem współczesnego blockbusteru: urok starej Załogi, ale w rytmie, który rozumie widz wychowany na Bourne’ach i Marvelu. To był „Trek” jako przygoda z sercem i temperamentem – w dodatku z castingiem, który wciąż broni się po latach.
„W ciemność” (2013) poszedł w stronę bardziej mrocznej, „geopolitycznej” nuty – i jasne, można się spierać o konkretne wybory scenariuszowe, ale film miał odwagę przycisnąć pedał do dechy w tematach lojalności, paranoi, ceny bezpieczeństwa i tego, jak łatwo Federacja może zacząć brzmieć jak państwo w trybie wyjątkowym.
To nie był tylko sequel; to była próba dopisania tej serii poważniejszego nerwu.
Trylogia „Star Trek” z Pine’m to rozrywkowe kino SF w najczystszej postaci – łączące czystą akcję i zadające trudne pytania
A potem „W nieznane” (2016) – moim zdaniem najczystsza destylacja tego, czym filmowy „Trek” mógłby być. Tam wrócił smak wyprawy i drużynowości, trochę oddechu, trochę humoru, a przede wszystkim: przyjemność obcowania z ekipą, którą po prostu lubisz oglądać razem.
I wtedy wydawało się, że czwarta część jest formalnością. Dziesięć lat później już wiemy, że nie jest.
Kiedy ciąg dalszy nie następuje
Historia „Star Treka 4” w praktyce stała się opowieścią o tym, jak współczesne kino franczyzowe potrafi być zakładnikiem korporacyjnej pogody. Projekt przez lata przechodził przez kolejne wersje, nazwiska, pomysły i przetasowania – aż w końcu znów stanął.
Jeszcze w 2024 r. pojawiały się sygnały, że powstaje kolejny scenariusz, ale nawet wtedy sam Chris Pine mówił publicznie, że sytuacja wygląda chaotycznie i że doniesienia zaskakują również jego.
Wydawało się, że kolejne filmy z serii „Star Trek” będziemy dostawać co 3-4 lata, a więc powinniśmy mieć ich co najmniej 2 więcej
Potem przyszło to, co dla Paramountu okazało się kluczowe: turbulencje wokół większych decyzji biznesowych i strategicznych. W 2025 r. zaczęły się pojawiać doniesienia, że studio „idzie dalej” i nie planuje już wracać do obsady Pine, Quinto i reszta, a „Star Trek 4” w tej formie jest martwy.
I tu jest sedno: filmowa kontynuacja wymaga jednocześnie trzech rzeczy naraz – pewności finansowej, spójnej wizji i zgrania kalendarzy gwiazd. Serial potrafi obejść te miny, bo jest „systemem”. Film jest bardziej jak rakieta: albo startuje w konkretnym oknie, albo nie startuje wcale.
Kino chce wydarzenia, streaming chce ciągłości
W ostatniej dekadzie popkultura przestawiła się z „filmu co trzy lata” na „ciągłość świata”. A „Star Trek” paradoksalnie zyskał na tym, jak mało kto – bo to uniwersum od zawsze było stworzone do formy odcinkowej: do rozmów, dylematów, filozoficznych sporów i małych historii, które składają się na większą mapę wartości.
Dlatego serialowe odrodzenie poszło tak szeroko. W ostatnich latach dostaliśmy „Star Trek: Discovery” (2017-2024), „Short Treks” (2018-2020), „Star Trek: Picard” (2020-2023), „Star Trek: Lower Decks” (2020-2024), „Star Trek: Protogwiazda” (2021-2024), „Star Trek: Nieznane nowe światy” (od 2022; ogłoszono, że zakończy się po piątym sezonie) oraz świeżutkie „Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty”, które wystartowało w styczniu 2026 r. i od razu dostało zamówienie na kolejny sezon.
To jest imponujący łańcuch – i, co ważne, nie sprowadza się do jednego tonu. „Discovery” było emocjonalnym, odważnym skokiem w nowe rejony; „Picard” działał jak elegancka, melancholijna rozmowa z własną legendą; „Lower Decks” pokazało, że „Trek” może być autoironiczny bez cynizmu.
„Protogwiazda” zrobiła coś trudnego: wprowadzała nowych widzów, nie zdradzając ducha; „Nieznane nowe światy” natomiast uderzyło w najczystszy „smak klasyki” – odcinki jako gatunkowe miniatury, ale spięte relacjami załogi. Nawet decyzja o zakończeniu serialu po pięciu sezonach (i skróceniu finału) brzmi jak kompromis epoki streamingu, w której nic nie jest „na zawsze”, choć twórcy chętnie ciągnęliby misję dalej.
I wtedy kino zaczyna wyglądać jak kłopotliwy kuzyn: droższy, bardziej ryzykowny, wymagający „wielkiej tezy”. A przecież dzisiejsza publiczność często chce nie tezy, tylko świata, do którego wraca. Streaming premiuje powrót. Kino premiuje event.
Czy zobaczymy jeszcze Chrisa Pine’a jako Kirka?
W tym momencie najbardziej uczciwa odpowiedź brzmi: szanse są mniejsze niż były jeszcze kilka lat temu – i to nie dlatego, że ktoś nie lubi tej obsady. Raczej dlatego, że decydenci przestawili wajchę.
W listopadzie 2025 r. branżowe media poinformowały, że powstaje nowy film „Star Trek”, za który mają odpowiadać Jonathan Goldstein i John Francis Daley – jako scenarzyści, reżyserzy i producenci – i że ma to być świeży start. Nie jestem przekonany, czy to dobra decyzja.
„Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” może być pierwszym słabym serialem z uniwersum, ale poczekajmy na pełen sezon
To nie jest definitywne „nigdy” dla Pine’a, bo popkultura uwielbia powroty, a multiwersa nauczyły widzów, że drzwi są zawsze uchylone. Ale to jest mocny sygnał: jeśli film wróci na ekrany w najbliższych latach, to prawdopodobnie nie jako „Star Trek 4”, tylko jako „nowy Star Trek”.
Z drugiej strony… „Trek” ma w sobie pewną właściwość, której brakuje wielu markom: jest ideą, nie tylko zestawem postaci. Można go opowiadać w różnych rejestrach i nie tracić rdzenia – o ile rdzeniem pozostaje ciekawość świata, etyka spotkania z Innym i wiara, że przyszłość jest projektem moralnym, a nie tylko technologicznym.
Być może właśnie dlatego seriale radzą sobie tak dobrze: łatwiej w nich utrzymać „temperaturę sensu” bez obowiązku robienia z każdego kroku fajerwerków.
Może to dobrze, że kino milczy?
Może to dobrze, że kino milczy, bo „Star Trek” źle znosi powroty robione z rozpędu. To marka o przyszłości jako wyborze moralnym, a nie o przyszłości jako tapecie z efektów specjalnych. W epoce, w której kino franczyzowe coraz częściej rozlicza się z „wydarzeń” i słupków, łatwo byłoby zrobić kolejny film tylko po to, żeby był.
Jeśli więc czwarta część z Pine’em nigdy nie powstanie, ostatnia trylogia wcale nie musi na tym ucierpieć. Przeciwnie: zostanie jako zamknięta, spójna reinterpretacja mitu – szybka i nowoczesna, ale oparta na klasycznym „trekowym” fundamencie: chemii załogi, przyjaźni wystawianej na próby, odpowiedzialności za decyzje i intuicji, że nawet w kosmosie najważniejsza jest etyka, nie technologia.
Zostawić w spokoju to czasem lepsze rozwiązanie niż dopisywać epilog, którego jedyną funkcją jest przedłużenie życia marki.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że 2026 rok będzie wielkim testem nerwów, marek i widzów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.














Tekst pachnie GPT na kilometr. Gratulacje.