Patrick Bateman wraca. A przynajmniej wszystko wskazuje na to, że wróci. Hollywood znów sięga po „American Psycho”, Luca Guadagnino szykuje nową adaptację, a w branży krąży jedno pytanie: kto zagra głównego bohatera?
Spis treści
„American Psycho” to jeden z tych filmów, które z czasem przestają być tylko ekranizacją powieści, a zaczynają funkcjonować jako kulturowy kod. Adaptacja książki Breta Eastona Ellisa została przyjęta z mieszanką fascynacji i oburzenia.
Dla jednych była bezlitosną satyrą na reaganowską Amerykę i toksyczny kapitalizm lat 80., dla innych – niebezpiecznie estetyzowaną przemocą. Dziś jednak trudno zaprzeczyć jej statusowi dzieła kultowego.
Christian Bale stworzył Batemana, który był czymś więcej niż ekranowym psychopatą. Jego bohater był groteskowo precyzyjny, obsesyjny w detalach – od rutyny pielęgnacyjnej po wybór wizytówek – a jednocześnie przerażająco pusty.
To właśnie ta pustka, przykryta perfekcyjną maską sukcesu, okazała się najbardziej niepokojąca. Bateman nie był potworem z zewnątrz. Był produktem systemu.
Z biegiem lat film stał się memem, estetyką, cytatem. Sceny z Batemanem tańczącym przy „Hip to Be Square” czy wygłaszającym monolog o Philu Collinsie krążą w Internecie jako ironiczne komentarze do współczesnej męskości, kultu ciała i obsesji sukcesu.
Paradoks polega na tym, że postać będąca satyrą na yuppies stała się ikoną dla części młodych mężczyzn, którzy traktują ją niemal aspiracyjnie. To dodatkowo komplikuje jej dzisiejszy odbiór.
Dlatego Bateman Bale’a nie jest już tylko bohaterem literackim. Jest symbolem. A symbole – w przeciwieństwie do zwykłych ról – trudno „zagrać od nowa”.
Remake Guadagnino: nowa interpretacja czy ryzykowny eksperyment?
Informacje o tym, że Luca Guadagnino – twórca „Tamtych dni, tamtych nocy” i „Challengers” – ma wyreżyserować nową adaptację „American Psycho”, wywołały natychmiastowe poruszenie. Scenariusz przygotowuje Scott Z. Burns, a projekt ma być świeżym odczytaniem powieści Breta Eastona Ellisa, a nie prostym remakiem filmu z 2000 r.
Teoretycznie to rozsądna strategia. Zamiast mierzyć się bezpośrednio z filmem Harron, twórcy chcą wrócić do źródła – do literackiej, jeszcze bardziej brutalnej i nihilistycznej wizji Batemana. Problem w tym, że dla widzów to nie książka jest punktem odniesienia, lecz Bale. To jego twarz, jego akcent, jego maniakalny uśmiech zrosły się z postacią.
Według doniesień branżowych kilku znanych aktorów miało odrzucić propozycję zagrania Batemana. Nie dlatego, że boją się kontrowersji czy przemocy. Raczej dlatego, że wiedzą, z czym wiąże się ta rola.
Każda scena będzie porównywana. Każdy gest zestawiany z oryginałem. Internet – bezlitosny i natychmiastowy – zrobi swoje kompilacje, analizy, memy. W czasach, gdy wizerunek jest walutą równie cenną, jak talent, ryzyko jest ogromne.
Nie chodzi o psychopatę. Chodzi o porównanie
Wbrew pozorom Hollywood nie ma problemu z rolami morderców czy antybohaterów. W ostatnich latach aktorzy chętnie sięgali po mroczne postacie – od Jokera po Jeffreya Dahmera. Problem Batemana jest inny. To rola definicyjna.
Christian Bale nie tylko zagrał tę postać – on ją „zawłaszczył”. Podobnie jak Anthony Hopkins z Hannibalem Lecterem czy Heath Ledger z Jokerem. To moment, w którym aktor i bohater stapiają się w jedno w zbiorowej wyobraźni. Każda kolejna interpretacja musi więc albo całkowicie zerwać z poprzednią, albo liczyć się z nieustannym porównaniem.
Dla młodego aktora to może być pułapka. Jeśli rola okaże się sukcesem – będzie żył w cieniu Batemana. Jeśli porażką – stanie się memem. A nawet jeśli film okaże się artystycznie ciekawy, dyskusja i tak będzie toczyć się wokół jednego pytania: „czy był lepszy od Bale’a?”.
Kto mógłby zaryzykować?
Wśród nazwisk, które pojawiają się w medialnych spekulacjach i fanowskich castingach, najczęściej wymienia się Jacoba Elordiego. Ma odpowiedni wiek, chłodną urodę i doświadczenie w graniu bohaterów balansujących między urokiem a przemocą. Jego ekranowa obecność w „Euforii” czy „Saltburn” pokazuje, że potrafi być jednocześnie magnetyczny i niepokojący.
Elordi mógłby zagrać Batemana jako ikonę pokolenia social mediów – narcystycznego, wygładzonego, uzależnionego od spojrzeń innych. To mój typ.
Jacob Elordi to moim zdaniem najlepszy kandydat na nowego Patricka Batemana i – potencjalnie – rola definiująca jego karierę
James McAvoy to zupełnie inna propozycja. Starszy, bardziej dojrzały aktor, który w „Split” udowodnił, że potrafi operować skrajnymi stanami psychicznymi bez popadania w groteskę. Jego Bateman byłby zapewne bardziej introspektywny, mniej chłodny, a bardziej pęknięty. To mogłoby być ciekawe, choć jednocześnie ryzykowne – Bateman działa właśnie dzięki swojej lodowatej powierzchni.
Austin Butler to kandydatura, która łączy młodość z intensywnością. Po „Elvisie” i „Motocyklistach” udowodnił, że potrafi całkowicie zanurzyć się w roli. Pytanie, czy chciałby kolejny raz brać na siebie ciężar porównań do kultowej kreacji.
Barry Keoghan jest teraz na fali, więc rola w nowym „American Psycho” mogłaby być dla niego przełomowa
Jest jeszcze Barry Keoghan, który mógłby pójść w stronę bardziej ekscentryczną, nerwową. Jego ekranowa energia jest mniej klasycznie „yuppie”, bardziej rozchwiana. To byłby Bateman nie tyle perfekcyjny, ile niepokojąco niestabilny. Ciekawe, jak poradzi sobie w „Peaky Blinders: Nieśmiertelnym”.
Wreszcie Paul Mescal – nazwisko może mniej oczywiste, ale intrygujące. Szekspir z genialnego „Hamneta”. Aktor kojarzony z wrażliwością i emocjonalną głębią mógłby stworzyć Batemana, który nie jest tylko maską sukcesu, lecz tragiczną figurą zagubioną w świecie bez znaczeń.
Każda z tych kandydatur jest interesująca. Każda też niesie ogromne ryzyko.
Dlaczego więc nikt nie chce być Batemanem?
Bo Patrick Bateman dawno przestał być po prostu bohaterem do zagrania. Stał się popkulturowym punktem odniesienia. Rolą, która nie zaczyna się na planie filmowym i nie kończy się w napisach końcowych, lecz żyje własnym życiem w memach, analizach, cytatach i niekończących się porównaniach.
Dziś aktor, który przyjmie tę propozycję, nie dostaje wyłącznie scenariusza – dostaje też ciężar 25 lat kultu, ironii i mitologii. Trochę jak nowy Bond…
Ktoś w końcu tę rolę przyjmie. Może młody aktor, który uzna, że ryzyko jest warte potencjalnej nagrody. Może ktoś, kto świadomie spróbuje zerwać z bale’owską ikoną i zbudować Batemana od zera…
Jedno jest pewne: nowy Patrick Bateman nie będzie oceniany w próżni. Zawsze będzie odbiciem w lustrze, w którym już od dawna stoi ktoś inny. A wiemy przecież, że lustra bywają bezlitosne.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nagle całe Hollywood robi się małe i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że 2026 rok będzie wielkim testem nerwów, marek i widzów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.













Dodaj komentarz