Czas opuścić muzeum Skywalkerów. „Gwiezdne wojny” potrzebują nowego początku

„Mandalorian i Grogu” nie pogrzebał „Gwiezdnych wojen”. Zrobił coś bardziej niepokojącego: pokazał, że najsłynniejsza galaktyka w popkulturze może wrócić do kin po 7 latach i mało kogo będzie to interesować.

„Mandalorian i Grogu” nie jest filmem fatalnym. Szkoda. Katastrofa przynajmniej zmusza do reakcji, a tutaj dostaliśmy produkt wystarczająco sprawny, żeby nikogo w Disneyu nie obudzić w środku nocy. Trochę strzelania, trochę słodyczy Grogu, kilka znajomych twarzy i obowiązkowa dawka rzeczy, które można później sprzedać w formie plastikowej figurki.

Było poprawnie, znajomo i bezpiecznie. Czyli dokładnie tak, jak „Gwiezdne wojny” wyglądać nie powinny.

Jako kolejny rozdział serialu zapewne by się obronił. Jako pierwszy kinowy film spod znaku „Star Wars” od czasu „Skywalker. Odrodzenie” już niekoniecznie. Nie chodzi nawet o skalę zagrożenia. „Gwiezdne wojny” nie muszą za każdym razem wysadzać planety. Chodzi o skalę wyobraźni. Wystarczy spojrzeć na takiego „Łotra 1”.

Nowemu filmowi zabrakło ambicji i kinowego ciężaru, a powrót marki na wielki ekran przypominał wizytę w dalekiej galaktyce, której nikt nie chce już odwiedzać. „Mandalorian i Grogu” nie otworzył żadnych drzwi. Wszedł tymi samymi, z których franczyza korzysta od kilku lat.

Zardzewiała galaktyka

Pierwszy sezon „The Mandalorian” był sukcesem dlatego, że na chwilę uciekł od Skywalkerów. Miał strukturę westernu, bohatera bez twarzy i świat oglądany z poziomu zakurzonej kantyny, a nie sali tronowej. Potem wydarzyła się rzecz typowa dla współczesnych franczyz: świeży pomysł został uznany za nowy fundament całego przedsięwzięcia.

Mówię wprost: „Mandalorian i Grogu” mi się nie podobał. Za dużo już tych postaci

Zamiast rozwijać galaktykę, zaczęto rozwijać sieć połączeń. „The Mandalorian” prowadził do „Księgi Boby Fetta”, ta z powrotem do „The Mandalorian”, obok przechodziła Ahsoka, za nią postacie z „Rebeliantów”, a nad wszystkim wisiały resztki Imperium. Widz coraz częściej nie dostawał opowieści, lecz test ze znajomości wcześniejszych opowieści. Tak, tak, zupełnie jak w MCU.

Dave Filoni, który w 2026 roku przejął kreatywne stery Lucasfilmu po Kathleen Kennedy, zna to uniwersum zapewne lepiej niż ktokolwiek poza George’em Lucasem. Oficjalnie został prezesem i dyrektorem kreatywnym studia. To jednocześnie jego największa zaleta i wada.

Filoni potrafi pielęgnować ciągłość, domykać wątki i przywracać ulubione postacie. Tyle że galaktyka nie potrzebuje dziś kustosza muzeum. Potrzebuje odkrywcy.

Kolejne seriale? Tak, ale nie jako praca domowa

Nie uważam, że Disney powinien przestać produkować seriale. Powinien natomiast przestać traktować je jak taśmę transportującą widza od jednego „wydarzenia” do drugiego.

Uniwersum „Gwiezdnych wojen” ma dużo do zaoferowania – pokazał to choćby „Andor”

„Andor” pokazał, że serialowe „Gwiezdne wojny” nadal mogą być znakomite. Nie dlatego, że objaśniły kolejny fragment kanonu, lecz dlatego, że miały coś do przekazania. Opowiadały o narodzinach buntu, cenie politycznego zaangażowania, biurokracji faszyzmu i ludziach, którzy muszą zdecydować, ile są gotowi poświęcić. Tony Gilroy nie klękał przed ikonografią „Star Wars”. Używał jej jak języka.

Właśnie takich seriali potrzeba: zamkniętych, autorskich i gatunkowo odważnych. Kryminału na dolnych poziomach Coruscant. Politycznego thrillera o rozpadzie planetarnego sojuszu. Historii grozy o Mocy, której nikt jeszcze nie rozumie. Może nawet romansu, który nie kończy się ujawnieniem, że czyjś dziadek znał Obi-Wana.

Nie potrzeba natomiast kolejnych sezonów służących głównie temu, by po 8 odcinkach ustawić figurki na pozycjach wyjściowych do następnego serialu.

Zapowiedziany na 2027 rok drugi sezon „Ahsoki” może być dobry, ale sam powrót lubianej bohaterki nie jest jeszcze kierunkiem rozwoju. To raczej dalsze krążenie po tej samej orbicie. Zwłaszcza że nie będzie już Raya Stevensona jako Baylana Skolla.

Komiksy dawno znalazły wyjście z hangaru

Najciekawsze podpowiedzi od lat płyną z komiksów. Tam „Gwiezdne wojny” oddychają swobodniej, bo pojedyncza seria nie musi unieść na plecach całej wartości giełdowej Disneya.

Czy to była najlepsza walka w historii? Pewnie nie, ale trafiła do kin w odpowiednim czasie

To komiksowy „Darth Vader” Kierona Gillena dał światu doktor Aphrę – archeolożkę, oszustkę i moralną katastrofę w ludzkiej postaci. Bohaterka okazała się na tyle wyrazista, że dostała własną wieloletnią serię, a później kolejną odsłonę osadzoną w czasach Nowej Republiki.

Marvel przypomina, że Aphra była pierwszą postacią stworzoną w komiksach „Star Wars”, która otrzymała własny cykl. Nie potrzebowała nazwiska Skywalker. Wystarczył jej charakter.

„The High Republic” przeniosło czytelników setki lat przed filmową sagę i zbudowało inną Republikę, innych Jedi oraz własne konflikty. Projekt objął powieści, komiksy, mangi i słuchowiska, a jego trzecia faza zakończyła się w 2025 roku po kilku latach konsekwentnego rozwijania epoki. Lucasfilm podsumowywał go jako rozległe, wieloformatowe przedsięwzięcie.

„Knights of the Old Republic” wydaje się idealnym kandydatem na film lub serial

Jeszcze odważniejsze były dawne komiksy z linii „Legends”. „Knights of the Old Republic” cofało się o tysiące lat, natomiast „Legacy” skakało daleko w przyszłość, do czasów Cade’a Skywalkera i zupełnie nowego układu sił.

Nie wszystko w tych seriach było wybitne, ale miały coś, czego brakuje dzisiejszym produkcjom: przestrzeń do oddechu bez natychmiastowego sprowadzania Hana Solo, Yody albo Palpatine’a w charakterze koła ratunkowego.

Komiksy rozumieją prostą rzecz. Kanon jest podłożem pod historię, a nie samą historią.

Nowa trylogia – ale naprawdę nowa

Najlepszym rozwiązaniem byłaby nowa trylogia, tylko nie taka, która rozpoczyna się pięć minut po „Skywalker. Odrodzenie”.

„Star Wars: Starfighter” Shawna Levy’ego ma być samodzielną przygodą osadzoną w nieeksplorowanym dotąd okresie, choć wciąż niedaleko wydarzeń z ostatniej trylogii. Film z Ryanem Goslingiem trafi do kin w maju 2027 roku i może okazać się potrzebnym krokiem w bok. Lucasfilm przedstawia go jako całkowicie oryginalną historię z nowymi bohaterami. Krok w bok to jednak jeszcze nie skok naprzód.

Ryan Gosling ma dobry czas, więc podejrzewam, że w „Starfighterze” też się odnajdzie

Nowa trylogia powinna przenieść akcję o 200-300 lat. Tak daleko, żeby Rey była postacią historyczną, której dokonania można interpretować, przekłamywać lub odrzucać. Tak daleko, żeby Jedi nie musieli po raz kolejny „powracać”, a Republika ponownie upadać pod naporem Imperium przemalowanego na inny kolor.

Chciałbym zobaczyć galaktykę, w której Moc nie należy już do jednego zakonu. Jedi mogliby rozpaść się na konkurujące szkoły, planety mogłyby odzyskać niezależność, a główny konflikt nie musiałby sprowadzać się do kolejnej superbroni. Stawką mogłoby być to, kto ma prawo definiować równowagę i czy wspólnota obejmująca tysiące światów w ogóle jest jeszcze możliwa.

W ostatniej trylogii niby wszystko się zgadzało, ale kolejna musi mocno wystrzelić do przodu i zostawić przeszłość za sobą

I przez co najmniej dwa filmy nie pokazywałbym żadnej starej postaci. Nawet Grogu, choć jego długowieczność aż prosi się o cameo. Niech nowi bohaterowie najpierw zasłużą na uwagę bez oklasków wywoływanych samym wejściem znajomej sylwetki w kadr.

Żeby coś zyskać, trzeba coś poświęcić

„Gwiezdne wojny” nie potrzebują większej liczby treści. Potrzebują odzyskać status wydarzenia. Pomiędzy premierami może być cisza. Lucasfilm musi pogodzić się z tym, że nie da się jednocześnie zaskakiwać widza i bezustannie zapewniać go, że wszystko pozostało na swoim miejscu.

Nowe statki nie mogą zawsze przypominać starych statków. Nowy złoczyńca nie może być kolejnym człowiekiem w czarnej masce. Nowy bohater nie musi pochodzić z pustynnej planety ani odkrywać, że jego rodzice byli ważniejsi, niż sądził.

W 1977 roku widz został wrzucony do świata, który istniał bez niego. Nikt nie tłumaczył mu każdej wojny, nazwy i relacji. To właśnie budowało fascynację. Dzisiejsze „Gwiezdne wojny” zbyt często zachowują się odwrotnie: wszystko objaśniają, wszystko łączą i panicznie boją się pobrudzić niedopowiedzeniem.

Dlatego pierwsza scena następnej wielkiej trylogii powinna wywołać pytanie: „Chwileczkę, gdzie my właściwie jesteśmy?”. Jeśli widz przez moment poczuje się zagubiony, to bardzo dobrze. Być może właśnie wtedy, po raz pierwszy od dawna, znowu uda nam się odnaleźć. W odległej galaktyce.

To również warto przeczytać!

Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że wszystkie drogi cyberpunku prowadzą do Chiby i polecam lekturę felietonu, w którym pytam, co Christopher Nolan zobaczył za horyzontem?

Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.

Marcepan

Najnowsze artykuły

Gra Bethesdy na Switch 2 pod znakiem zapytania. Niepokojące wieści

Niepokojące doniesienia dotyczą jednej z gier Bethesdy, która miała trafić na Nintendo Switch 2. Wypowiedź…

10 października 2026

Xbox zasypie graczy premierami! 40 gier w jednym tygodniu

Nadchodzący tydzień na Xbox przyniesie gry ze znanych serii, rodzinne przygody i produkcje dostępne w…

10 października 2026

Twierdza 4 wraca do korzeni! Nowe demo ogracie za darmo

Twierdza 4 dostała nowe demo na Steam. Można sprawdzić fragment zamkowego życia, a to dopiero…

10 października 2026

Steam Deck ułatwi życie graczom! Trwają testy przydatnej zmiany

Steam Deck dostał aktualizację testową, która zdejmie z graczy jeden z obowiązków przy uruchamianiu gier.…

10 października 2026

GTA 6 na Nintendo Switch 2? Padła pierwsza odpowiedź. Nie wszystko jest takie oczywiste

Czy GTA 6 trafi na Nintendo Switch 2? Przedstawicielka Nintendo po raz pierwszy odniosła się…

10 października 2026

PS5 zmieni menu główne! Sony wprowadzi tam coś zaskakującego

Sony szykuje nietypową zmianę w menu głównym PS5. Tym razem nie chodzi o gry, a…

10 października 2026