Alan Ritchson długo wydawał się aktorem, któremu wciąż czegoś brakuje do wielkiej kariery. Aż w końcu przyszedł „Reacher” i nagle wszystko stało się jasne. To nie był przypadek ani sezonowy zachwyt, tylko moment, w którym Hollywood wreszcie doceniło jego potencjał. A jest naprawdę spory – nie chodzi tylko o mięśnie.
Spis treści
To, co w historii Alana Ritchsona jest najciekawsze, zaczyna się od paradoksu. Przez lata wielu widzów widziało w nim przede wszystkim ciało. Wysoki, zbudowany jak zawodnik futbolu amerykańskiego, idealny do ról żołnierzy, superbohaterów i facetów, którzy wchodzą do pokoju z buta.
Hollywood bardzo lubi takich aktorów, ale równie często nie umie zrobić z nimi nic więcej. Ritchson długo funkcjonował właśnie w tym zawieszeniu. Zaliczył epizod jako Aquaman w „Smallville”, potem był Hawk w „Titans”, jako czarny charakter pojawił się też w „Szybkich i wściekłych 10”. To były role, w których się odnajdywał, ale nie był w stanie zabłyszczeć.
Dlatego tak ważne pozostaje „Blue Mountain State”. Ten serial, emitowany pierwotnie w latach 2010-2011, był ordynarny, głupi, hałaśliwy i momentami wręcz programowo prymitywny. Ale był też piekielnie celny w opisywaniu pewnego modelu młodej męskości z przełomu dekad: przerysowanej, hormonalnej, narcystycznej i panicznie bojącej się dojrzałości.
Thad Castle w wykonaniu Ritchsona nie był tylko dowcipem. Był kapitalną satyrą na amerykański kult sportowego samca alfa. Ritchson grał go z pełnym oddaniem, z idealnym wyczuciem absurdu i rytmu komediowego. To nie była rola subtelna, ale była diabelnie precyzyjna. I właśnie tam po raz pierwszy było widać, że pod warstwą fizyczności skrywa się świetny aktor.
Co ważne, sam Ritchson po latach przyznawał, że początkowo widział siebie raczej jako aktora komediowego niż przyszłą ikonę kina akcji. To wiele tłumaczy, bo nawet dziś jego najlepsze role działają nie tylko dzięki sile, ale też dzięki autoironii, lekkiemu sarkazmowi i temu specyficznemu uśmiechowi, który mówi: „trochę przeginam, ale podoba się to wam”.
„Reacher” był punktem zwrotnym
Nie da się ukryć, że przełomowym momentem w karierze Ritchsona był „Reacher”. Serial Prime Video wystartował w 2022 r. i od początku działał jak korekta błędu, który kino popełniło wcześniej. W wersji telewizyjnej dostaliśmy bohatera bliższego książkom Lee Childa nie tylko charakterem, ale też fizyczną obecnością.
Child podkreślał, że w Ritchsonie od razu zobaczył to, czego szukał: właściwe pierwsze wrażenie, odpowiednią aurę i ten szczególny miks „menace and goodwill”, czyli groźby i życzliwości. A to jest przecież sam rdzeń Reachera. Facet ma wyglądać tak, jakby mógł połamać ci rękę, ale jednocześnie ma być kimś, komu w dziwny sposób ufasz.
I powiedzmy to wprost: nawet Tom Cruise nie dał tej roli rady. Nie dlatego, że Cruise jest aktorem słabym. To byłoby absurdalne. Problem polegał na czymś innym.
Cruise grał tę postać jak Tom Cruise grający wariację na temat Tom Cruise’a: szybki, błyskotliwy, precyzyjny, zawsze krok przed wszystkimi. Tymczasem Reacher powinien być bardziej jak siła natury, a nie superszpieg. Ma wchodzić do kadru i już samym ciężarem obecności zmieniać temperaturę sceny.
Lee Child zwracał uwagę, że filmowa wersja z Cruise’em nie odpowiadała fizycznemu opisowi bohatera z książek, podczas gdy przy Ritchsonie liczyło się właśnie to pierwsze uderzenie obecności. I to czuć w serialu od pierwszej minuty. Ritchson nie musi udowadniać, że jest Reacherem. On po prostu nim jest.
Przyznajcie, nie chcielibyście mieć takiego kumpla?
Ale siła tej roli nie bierze się wyłącznie z gabarytów. To byłoby zbyt banalne. Najlepsze w Ritchsonie jako Reacherze jest to, jak łączy fizyczność z opanowaniem. On nie gra czołgu. Gra człowieka, który wie, że jest czołgiem i nie musi tego nikomu komunikować. Ma świetne pauzy, dobrą ekonomię gestu i ten rzadki talent do grania ciszą.
Kiedy dorzucić do tego komediowe doświadczenie z dawnych lat, wychodzi bohater, który potrafi być śmiertelnie poważny, a chwilę później rzucić suchą linijkę z taką miną, że scena nagle zyskuje drugie dno. Nic dziwnego, że „Reacher” stał się dla Prime Video wielkim hitem, a sam Ritchson zyskał status aktora, który wreszcie dostał rolę skrojoną pod wszystko, co umie najlepiej.
Dlaczego ludzie widzą w nim Batmana
Nie dziwi mnie wcale, że Internet od miesięcy widzi w Ritchsonie idealnego Batmana. Ja też. Ma warunki fizyczne, ma szczękę jak z komiksu Franka Millera, ma głos, który znosi mrok bez popadania w autoparodię. Ale to nadal nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że Bruce Wayne i Jack Reacher mają pewną wspólną cechę: obaj są zbudowani z kontroli.
Ritchson potrafi grać facetów, którzy są emocjonalnie zamknięci, ale nie martwi. To wielka różnica. Batman nie może być tylko napompowanym mścicielem. Musi nosić w sobie inteligencję, dyscyplinę, ból i chłód. Ritchson ma do tego naturalny dostęp.
Co ciekawe, sam aktor najpierw mówił, że bardzo chciałby zagrać Batmana, a później tonował oczekiwania i przyznał, że raczej nie sądzi, by to właśnie Mroczny Rycerz był jego przyszłością, choć jakieś rozmowy z Jamesem Gunnem rzeczywiście miały miejsce. To tylko dolało oliwy do ognia, bo popkultura kocha takie półpotwierdzenia. I szczerze? Rozumiem ten entuzjazm. Po „Titans”, po „Reacherze” i po tym, jak dobrze wypada w rolach z nutą brutalnej melancholii, czas zrobić krok naprzód.
A jednak mam też wątpliwość. Batman bywa rolą, która zjada aktora i zamyka go w jednym wizerunku na długie lata. Tymczasem Ritchson dopiero co wyrwał się z szufladki „duży facet od ról wspierających”. Czy naprawdę powinien od razu wchodzić do kolejnej ikonicznej klatki? To byłby triumf, ale i ryzyko. Zwłaszcza że jego kariera właśnie zaczyna sugerować coś ciekawszego niż jedno wielkie franczyzowe przebranie.
„Maszyna do zabijania”, Alan do podziwiania
Nowy film Netfliksa, „Maszyna do zabijania” (czyli „War Machine”), to dobry przykład. Ten świeżutki projekt to widowisko sci-fi o jednostce Army Rangers, której ćwiczenia zamieniają się w walkę o przetrwanie przeciw nieznanemu zagrożeniu.
Sam punkt wyjścia brzmi jak zderzenie militarnego kina akcji z potworem z lat 80., czyli dokładnie ten rodzaj materiału, w którym Ritchson może błyszczeć czystą ekranową energią. I rzeczywiście daje błysk. Daje poczucie ciężaru, sprawczości, wiarygodności w ruchu.
Nawet w mniej odkrywczym materiale nie wygląda jak gość wynajęty tylko po to, by nosić karabin i marszczyć brwi. To film czysto rozrywkowy, ale rozrywki dostarcza w idealnej dawce.
Tylko że właśnie tutaj zaczyna się ciekawsze pytanie: czy filmy akcji to dla niego sufit? Ja bym powiedział, że nie. I to zdecydowanie. Bo Ritchson ma coś, czego wielu współczesnym gwiazdom akcji wyraźnie brakuje. Ma warsztat. Potrafi sprzedać dowcip, potrafi zagrać frustrację, potrafi pokazać kruchość bez rozmiękczania postaci.
W wywiadach współpracownicy podkreślają jego poczucie humoru, pracowitość i to, że bardzo świadomie buduje sceny zamiast po prostu dawać się nieść formie. To nie brzmi jak opis faceta skazanego na wieczne bieganie z giwerą po lesie.
Właśnie dlatego chciałbym zobaczyć go w kinie, które nie boi się mieszać rejestrów. W neo-noir. W thrillerze psychologicznym. W czymś na przecięciu sensacji i dramatu, gdzie jego fizyczność byłaby tylko jedną z cech, a nie całym pomysłem na rolę. Nie w komedii romantycznej z „instagramową lalą” u boku.
Nieprzypadkowo sam Ritchson mówił o ambicji bycia najlepszym w akcji, ale równie wyraźnie przebija z niego potrzeba robienia rzeczy lepszych, pełniejszych, bardziej wymagających. To aktor, który długo był niedoszacowany. Jeszcze nie określił, w jakich rolach czuje się najlepiej.
A może by tak przejąć „Mission: Impossible”?
To kusząca fantazja. Zwłaszcza dziś, kiedy kino akcji znów szuka twarzy, które są jednocześnie klasyczne i świeże. Ritchson ma ekranowy autorytet, ma ciało do kaskaderskiego kina, ma też tę oldschoolową, bardzo amerykańską jakość gwiazdorstwa. Na papierze brzmi więc jak kandydat idealny. Ale tu odpowiem przewrotnie: nie, nie powinien zastępować Toma Cruise’a w „Mission: Impossible”. I to wcale nie dlatego, że by sobie nie poradził.
Problem tkwi w samej naturze tej serii. „Mission: Impossible” od blisko trzech dekad jest właściwie autorskim wehikułem Cruise’a, zrośniętym z jego twarzą, jego tempem gry i jego obsesją na punkcie widowiska.
Ethan Hunt nie jest rolą do prostego odziedziczenia jak garnitur po starszym koledze. To nie Bond, który z definicji zakłada zmianę aktora. To bardziej przedłużenie ekranowej persony Cruise’a. Ritchson mógłby świetnie zagrać bohatera w podobnym kinie szpiegowsko-akcyjnym, ale jeśli miałbym mu czegoś życzyć, to nie wejścia w cudzy cień. Lepiej, żeby dostał własną serię. Własny mit. Własny wehikuł.
Ritchson jest dziś w najlepszym momencie kariery
Najciekawsze w fenomenie Alana Ritchsona jest to, że on wcale nie wygląda na produkt wymyślony przez marketing. Wygląda raczej jak aktor, którego potrzeby współczesnej popkultury po prostu wezwały.
W epoce, która przez lata kochała ironicznych, zdystansowanych herosów, on przywrócił modę na faceta, który może być ogromny, groźny i charyzmatyczny, a jednocześnie nie jest pustą figurą. „Blue Mountain State” dało mu wyczucie komedii. Lata ról pobocznych nauczyły dyscypliny. „Reacher” zrobił z tego gwiazdę. A „Maszyna do zabijania” pokazuje, że Hollywood i streaming nadal będą go testować jako frontmana widowisk.
Tylko że prawdziwa stawka leży gdzie indziej. Nie w tym, czy zagra Batmana. Nie w tym, czy zostanie nowym Cruise’em. Ale w tym, czy ktoś wreszcie napisze dla niego rolę, która pozwoli połączyć wszystko naraz: komediowy timing, fizyczną dominację, emocjonalną szczelność i inteligencję. Bo jeśli taka rola się pojawi, Alan Ritchson może przestać być „wymarzonym Batmanem” fanów. Może po prostu stać się jedną z najciekawszych męskich gwiazd współczesnego kina popularnego. I właśnie tego mu szczerze życzę.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, dlaczego nikt nie chce być nowym Patrickiem Batemanem i polecam lekturę felietonu, w którym stawiam tezę, że 2026 rok będzie wielkim testem nerwów, marek i widzów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.












Dodaj komentarz