Marvel nigdy nie miał problemu z brakiem superbohaterów. Miał problem z brakiem bohaterów, na których kolejne spotkanie naprawdę warto było czekać. Ogłoszona obsada nowych X-Men może wreszcie to zmienić. Pod warunkiem, że „Avengers: Doomsday” i „Secret Wars” zrobią z obecnym MCU dokładnie to, czego potrzebuje: twórczy demontaż.
Spis treści
MCU od kilku lat przypomina mieszkanie niesprzątane po kilku zakrapianych imprezach. Wszędzie stoją pamiątki po dawnych gościach; nikt nie pamięta, kto z kim balował, a gospodarz gdzieś się zagubił.
Multiwersum miało otworzyć wszystkie drzwi i okna, wywietrzyć i zapowiedzieć „nowe”. Zamiast tego otworzyło drzwi i okna… wpuszczając starych znajomych.
Dlatego ogłoszenie części obsady nowych X-Men jest czymś więcej niż kolejnym projektem Marvela. Po raz pierwszy od dawna studio ogłosiło film, na który czekam.
Film Jake’a Schreiera ma trafić do kin 5 maja 2028 roku, już po „Avengers: Secret Wars”.
Obsada wygląda następująco: Sadie Sink jako Jean Grey, Kit Connor jako Scott Summers, Samara Weaving jako Emma Frost, Inde Navarrette jako Rogue, Maya Boyd jako Storm, Christopher Abbott jako Charles Xavier i Adam Driver jako Mister Sinister. To nie jest jeszcze pełny skład.
Scott, Jean, Emma i Sinister tworzą w komiksach jeden z najbardziej toksycznych, romantycznych i genetycznie skomplikowanych węzłów całego Marvela. Rogue otwiera drzwi do Mystique, Gambita i Captain Marvel. Storm może być nie tylko członkinią zespołu, ale jego najważniejszą liderką. Xavier nie musi być dobrotliwym łysym panem na wózku.
Każda z tych postaci niesie ze sobą konflikt. To właśnie jest największa różnica między nowym filmem „X-Men” a dużą częścią późnego MCU. Tu casting wygląda jak misternie zaplanowana układanka.
Kit Connor jak Cyclops Jima Lee
Najbardziej oczywistym strzałem jest Kit Connor. Doskonały wybór. Wystarczy założyć mu rubinowe okulary, żeby zobaczyć Scotta Summersa wyciągniętego z kadru Jima Lee: wysoki, szeroki w ramionach, z kwadratową szczęką i twarzą człowieka, który już w wieku dwudziestu kilku lat dostał regulamin całego świata do pilnowania.
I choć jestem wielkim fanem Jamesa Marsdena (głównie za „Westworld” i „Znajomych i sąsiadów”), to Kit Connor od razu skradł moje serce.
Wygląd to jednak tylko początek. Cyclops nie jest nudziarzem, choć filmy Foxa bardzo się starały, żebyśmy tak myśleli. James Marsden grał przede wszystkim przeszkodę stojącą między Wolverinem a Jean Grey, a Tye Sheridan nigdy nie otrzymał materiału pozwalającego Scottowi naprawdę dorosnąć do roli lidera.
Tymczasem komiksowy Cyclops to skrzyżowanie Kapitana Ameryki, dowódcy wojskowego i dziecka wychowanego przez człowieka, który zamienił szkołę w oddział paramilitarny.
Scott stale kontroluje ciało, emocje i otoczenie, ponieważ chwila nieuwagi może dosłownie zburzyć ścianę. Nie widzimy jego oczu, więc aktor musi grać głosem, postawą i napięciem.
Connor w „Heartstopperze” potrafił połączyć fizyczną pewność siebie z emocjonalnym zagubieniem. Cyclops potrzebuje właśnie tego połączenia: ma wyglądać jak urodzony przywódca i jednocześnie sprawiać wrażenie chłopaka, który wciąż jeszcze nie jest gotowy na rolę, którą mu powierzono.
Co ważniejsze, Scott powinien wreszcie znaleźć się w centrum opowieści. Jak w komiksach.
Mister Sinister od dekad interesuje się genetycznym potencjałem Cyclopsa i Jean Grey, stworzył Madelyne Pryor i manipulował życiem Summersów, zanim większość bohaterów zorientowała się, że bierze udział w jego eksperymencie.
Jeśli Adam Driver jest głównym antagonistą, Connor nie może zostać sprowadzony do roli chłopaka Jean. Musi być głównym protagonistą.
Sadie Sink jako Jean była tajemnicą, którą bardzo szybko rozszyfrowano. Jej występ w „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” potwierdził, że Marvel nie zatrudnił pierwszej lepszej rudowłosej aktorki.
W „Stranger Things” jako Max potrafiła zagrać paletę emocji bez popadania w melodramatyczny banał. Jean Grey wymaga dokładnie tego samego. To postać jednocześnie empatyczna i przerażająca, zdolna usłyszeć cudze myśli, ale nie zawsze umiejąca uciszyć własne.
Marvel powinien trzymać Feniksa pod kluczem tylko przez chwilę. Kino już dwukrotnie próbowało opowiedzieć „Dark Phoenix Sagę” i dwukrotnie pomyliło tragiczny finał wieloletniej relacji z fabułą, którą da się zamknąć w 2 godzinach.
Niech Jean najpierw stanie się człowiekiem, przyjaciółką i sercem zespołu. Kosmiczny ogień może poczekać.
Inde, och Inde
Tu nie trzeba wiele pisać. Wystarczy wspomnieć najgorętsze kobiece nazwisko tego sezonu: Inde Navarrette. Obsadzenie jej w roli Rogue było mokrym snem fanów Marvela – nie dlatego, że aktorce wystarczy dołożyć biały kosmyk. Ten sen się spełnił.
Rogue jest jedną z tych postaci, które działają dzięki sprzecznościom. Ma siłę pozwalającą rzucić człowiekiem przez budynek, ale boi się najzwyklejszego dotyku. Jest bezczelna, kokieteryjna i głośna, ponieważ pod tą powierzchnią kryje się paniczny lęk przed bliskością.
Zaczynała jako przeciwniczka Avengers, po starciu z Carol Danvers przejęła jej moce, wspomnienia i część osobowości, a dopiero później poprosiła Xaviera o pomoc. Jej droga od członkini Brotherhood of Evil Mutants do jednej z liderek X-Men jest gotowym materiałem na kilka filmów.
Anna Paquin znakomicie grała samotność młodej Rogue, lecz filmy Foxa zabrały bohaterce niemal całą zadziorność, fizyczną potęgę i południowy temperament. Navarrette pokazała w „Obsesji”, że to wszystko ma. Jest piękna, a jednocześnie aktorsko uzdolniona. To rzadkie połączenie. Sydney Sweeney nie przypisałbym obu tych cech.
Rogue może też połączyć nowych X-Men z resztą uniwersum skuteczniej niż jakikolwiek portal.
Marvel nie powinien bać się jej historii z Carol Danvers. To brutalna, moralnie niekomfortowa relacja, ale właśnie takich konsekwencji brakuje MCU. Rogue nie potrzebuje łagodnego origin story. Potrzebuje błędu tak strasznego, żeby przez następne lata próbowała na niego odpowiedzieć.
Adam Driver wreszcie w MCU
Adam Driver jako Magneto byłby castingiem prestiżowym, ale oczywistym. Adam Driver jako Mister Sinister jest castingiem znacznie ciekawszym. Dlaczego?
Nathaniel Essex powinien wyglądać, jak wiktoriański genetyk, gotycki wampir i narcystyczny showman zamknięci w jednym ciele.
Driver ma warunki fizyczne, osobliwą twarz, potężny głos i jeden z największych talentów w Hollywood. Jego Kylo Ren był fenomenalny i napędzał całą nową trylogię „Gwiezdnych wojen”. A przecież nie można zapominać o innych świetnych rolach Drivera, choćby „Czarnego bractwa”, „Domu Gucci” czy genialnej „Historii małżeńskiej”.
Dlatego Driver może zagrać Sinistera jako lodowatego manipulatora, ale również jako ekstrawaganckiego potwora, który hoduje klony samego siebie i traktuje cudze drzewa genealogiczne jak prywatną kolekcję.
Sinister nie powinien być kolejnym złoczyńcą w szarym pancerzu. W nowszych komiksach stał się figurą niemal kampową: próżną, teatralną i świadomą własnej monstrualności. Driver potrafi nadać takiej przesadzie ciężar.
Przede wszystkim jednak obecność Sinistera tłumaczy znaczną część ogłoszonej obsady. Jego obsesja na punkcie DNA Scotta i Jean prowadzi do Madelyne Pryor, Cable’a, „Inferno” i wieloletniej manipulacji rodziną Summersów. Jego związek z Gambitem prowadzi do Marauders i „Mutant Massacre”.
Jednym castingiem Marvel otworzył więc kilka możliwych sag. I po latach antagonistów projektowanych na jeden weekend kinowy wreszcie ma złoczyńcę, którego nie należy zabijać przed napisami końcowymi.
Emma, Xavier i Storm z perfekcyjnymi wyborami
Samara Weaving jako Emma Frost jest niemal równie trafiona, jak Connor. Aktorka ma elegancję, drapieżność i komediową bezczelność potrzebne Białej Królowej.
„Ready or Not” pokazało, że potrafi z klasą przejść od salonowej powagi do krwawej furii, nie tracąc przy tym charyzmy. Emma robi dokładnie to samo, tyle że zamiast strzelby ma telepatię, diamentową skórę i konto bankowe pozwalające kupić pół Manhattanu.
Najciekawsze będzie to, po której stronie zacznie. Komiksowa Emma była Białą Królową Hellfire Club, przeciwniczką X-Men, nauczycielką i w końcu jedną z najważniejszych liderek mutantów.
Jej obecność obok młodszych Scotta i Jean nie musi od razu zapowiadać trójkąta romantycznego. Znacznie ciekawsza byłaby Emma jako konkurencyjna mentorka: ktoś, kto uważa marzenie Xaviera za naiwne, ale jego uczniów traktuje śmiertelnie poważnie.
Christopher Abbott jako Profesor X jest wyborem mniej oczywistym, a przez to obiecującym. Po Patricku Stewarcie i Jamesie McAvoy’u można było zatrudnić kolejnego aktora promieniującego szlachetnością. Abbott to ma.
Jego Xavier może być młodym architektem wielkiej idei, który jeszcze nie zauważył, że w swoim domu wychowuje dzieci na żołnierzy. Taki Charles jest znacznie ciekawszy niż pomnik pokoju.
Maya Boyd pozostaje największą niewiadomą. Ma doświadczenie broadwayowskie, ale dla publiczności kinowej będzie praktycznie nową twarzą. W przypadku Storm może to być zaleta.
Ororo nie potrzebuje kolejnej celebrytki w białej peruce. Potrzebuje aktorki z głosem i sceniczną obecnością, która potrafi wejść do pomieszczenia jak królowa. Komiksy przedstawiały ją jako boginię, złodziejkę, przywódczynię X-Men i jedną z najpotężniejszych mutantek na Ziemi.
Nie sądzę jednak, że w pierwszej odsłonie nowych X-Men dostanie zbyt dużo czasu antenowego.
Kto czeka za kulisami?
W ogłoszonym składzie najbardziej rzuca się w oczy brak Hanka McCoya. Cyclops i Jean należeli do pierwszej piątki X-Men razem z Beastem, Icemanem i Angelem. Przy filmie opowiadającym o młodej drużynie nieobecność całej trójki byłaby zaskakująca.
Z Beastem od miesięcy łączony jest Charles Melton. Na razie pozostaje to plotką, ale na papierze casting miałby sens. Bestia nie może być tylko dowcipkującym laborantem. Powinien być człowiekiem, który potrafi cytować poezję, wisząc głową w dół, a jednocześnie coraz bardziej boi się własnych decyzji.
Gambit jest równie naturalnym kandydatem, zwłaszcza przy Rogue i Sinisterze. Nie zdziwiłbym się, jednak gdyby Marvel zachował go na kolejne części.
Relacja Rogue i Remy’ego działa dlatego, że oboje mają sekrety, poczucie winy i fatalny stosunek do emocjonalnej szczerości. Wrzucenie romansu do pierwszego filmu groziłoby spłaszczeniem dwojga bohaterów do paru flirtów.
Raczej nie spodziewałbym się tu ponownie Channinga Tatuma. Reboot „X-Men” potrzebuje młodszego Remy’ego.
Zamiast następnego oczywistego gwiazdora wolałbym aktora pokroju Drew Starkeya: z południową swobodą, odrobiną niebezpieczeństwa i twarzą człowieka, któremu nie należy powierzać ani portfela, ani serca. Najważniejszy będzie jednak wiarygodny akcent cajun.
Gambit bez Nowego Orleanu w głosie jest tylko facetem rzucającym świecącymi kartami.
Magneto może natomiast spokojnie poczekać. Fox zbudował niemal całą serię wokół konfliktu Charlesa i Erika. Nie trzeba tego powtarzać, bo Mister Sinister otwiera inne drzwi.
Gdy przyjdzie czas na recasting, potrzebny będzie aktor zdolny unieść żydowską tożsamość bohatera i historyczny ciężar Zagłady, a nie tylko dobrze wyglądać w hełmie. Adrien Brody byłby fascynującym, choć bardzo oczywistym wyborem. Ważniejsze od nazwiska będzie zachowanie rdzenia postaci, nawet jeśli nowa linia czasu będzie musiała wyjaśnić jego wiek.
Nieobecność Wolverine’a uważam za zaletę. Logan przez ćwierć wieku zagarniał cudze filmy, romanse i plakaty. Stał się marką samą w sobie. W wykonaniu Hugha Jackmana jest wręcz ikoniczny. Nowi X-Men powinni udowodnić, że potrafią istnieć bez niego.
X-Men mają coś, czego brakuje już Avengers
Jake Schreier mówił, że w komiksach interesuje go zarówno ideologiczny wymiar X-Men, jak i ich charakter „młodej opery mydlanej”. To najrozsądniejsza rzecz, jaką reżyser mógł powiedzieć o tej serii.
X-Men zawsze byli polityczni. Opowiadają o ludziach traktowanych jak zagrożenie z powodu cechy, której nie wybrali. O asymilacji, radykalizacji, dumie, lęku, rodzinach z wyboru i państwie próbującym rejestrować obywateli uznanych za niebezpiecznych.
W coraz bardziej spolaryzowanej kulturze te tematy nie straciły znaczenia. Stały się tylko trudniejsze do bezpiecznego opowiedzenia.
Jednocześnie X-Men to opera mydlana z laserami. Kochają się, zdradzają, czytają sobie w myślach, wracają z martwych, odkrywają klony byłych żon i dzieci wychowane w przyszłości. Ideologia działa dlatego, że wyrasta z osobistych ran.
Konflikt Xaviera i Magneto nie jest debatą dwóch profesorów przy tablicy. To spór przyjaciół, którzy chcą ocalić ten sam naród i nie potrafią się zgodzić, czy świat zasługuje jeszcze na cierpliwość.
Sukces „X-Men ’97” przypomniał, że publiczność akceptuje komiksową przesadę, jaskrawe kostiumy i melodramat, jeśli twórcy traktują emocje serio. MCU próbowało przez lata odpowiadać na każdy wzniosły moment dowcipem.
Mutanci potrzebują odwrotnej odwagi: zgody na to, że czasem peleryna, monolog i złamane serce nie wymagają ironicznego komentarza.
Dlatego nowy film „X-Men” to najlepsza wiadomość dla Marvela od lat. Nie dlatego, że każde z ogłoszonych nazwisk gwarantuje sukces. Casting nie uratuje złego scenariusza, a nawet największe talenty można zakopać pod ekspozycją i efektami specjalnymi. Daje jednak coś, czego w MCU długo nie było: czytelny kierunek.
„Doomsday” i „Secret Wars” nie muszą przebić „Endgame”. Powinny posprzątać po nim stół. A kiedy opadnie multiversalny kurz, zamiast kolejnego cameo wystarczy jedna szkoła w Westchester, grupa młodych ludzi, którzy dopiero uczą się sobie ufać, i głos mówiący: „To Me, My X-Men”.
To również warto przeczytać!
Zachęcam do zerknięcia na wpis o tym, że wszystkie drogi cyberpunku prowadzą do Chiby i polecam lekturę felietonu, w którym piszę, że czas opuścić muzeum Skywalkerów.
Więcej moich wpisów znajdziesz w sekcji maniaKalnych felietonów o filmach i serialach.
Na stronie mogą występować linki afiliacyjne lub reklamowe.




















Dawno nie czytałem tak dobrego teksu , jakbyś to rozbił jeszcze na atomy i miało by to 1000 stron zaczytał bym się z rozkoszą.